Posty

„Czerwony prorok” kolejnym etapem

Obraz
Zabawne jest to, że Czerwony prorok wydaje się być tylko przerywnikiem służącym temu, aby nasz bohater Alvin Miller nauczył się czegoś, co mu się może kiedyś przyda, a może nie. Zabawne, ponieważ w tej powieści dzieją się naprawdę poważne rzeczy a stawka jest wysoka i teoretycznie nie powinienem odnosić wrażenia, że to wszystko nie było aż tak istotne, jak się wydaje. Sam Alvin pojawia się w tej książce dość późno, na początku śledzimy losy innych postaci. Jest sobie człowiek o nazwisku Harrison, który ma wielkie plany odnośnie Indian. Gość nie jest im zbyt przychylny i choć radzi sobie z problemem czerwonoskórych rozpijając ich alkoholem i dzięki temu trzymając na uwięzi, to zdaje sobie sprawę, że nie jest to wystarczające rozwiązanie, chociażby z tego powodu, że nie każdy Indianin ma ochotę na whiskey. Dlatego właśnie zaczyna opracowywać wielki, okrutny plan, żeby wyprzeć rdzennych Amerykanów. Tym samym mimowolnie doprowadza do spotkania Alvina z dwoma braćmi. Pierwszy z nich to Lol...

„Trainspotting” - czy to dobrze że pociągi już od dawna nie przyjeżdżają?

Obraz
Ciężko jest mi zacząć, ponieważ sądzę, iż lektura Trainspotting (z jednej strony należy się tłumaczowi srogi ochrzan za pozostawienie oryginalnego tytułu w polskim tłumaczeniu, ale z drugiej strony dosłowne tłumaczenie nie miałoby żadnego sensu, także można to zrozumieć) była dla mnie na tyle osobistym doświadczeniem, że może też być czymś takim dla innych, a zatem opinia o niej może być wypełniona emocjami, które ciężko wytłumaczyć w recenzji. Jeżeli coś mi się podoba, bo bardzo dobrze mi się przez książkę płynie, to mogę najwyżej napisać, że narracja jest sprawna, a opowieść zajmująca. Czy to wystarczy, żeby kogokolwiek zachęcić do lektury albo żeby chociaż dać mu solidną opinię na temat książki? Nie mam pojęcia. W tym momencie powinienem pewnie dokonać opisu fabuły, ale nie będę tego robił, jako że Trainspotting jest przede wszystkim obrazkiem z życia pewnej grupy, a dopiero w drugiej kolejności opowieścią o konkretnym człowieku, którego możemy wyłuskać z grupy niewątpliwie barwny...

„Glizdawce” to kolejne robaczki Carda

Obraz
Tak skutecznie zabierałem się do tej książki, że musiała ona czekać pół roku na swoją kolej. No ale cóż, to nieważne. Ważne jest, iż mogłem spodziewać się dobrej książki, bo przecież właśnie po to sięga po jakąkolwiek powieść, czyż nie? Zabierając się do czytania zawsze oczekujemy przyjemności. No chyba że to książki Stefana Żeromskiego, wtedy może lektura ma zaspokoić inne potrzeby, bardziej pokrętne, wręcz masochistyczne. Ale odkładam już ten temat i przechodzę do recenzji Glizdawców . Na planecie Imaculata od tysiącleci trwa krwawa wojna między ludźmi a nieludzkim zagrożeniem. Mimo iż gatunek ludzki skolonizował to miejsce dawno temu, ich cywilizacja jest cyklicznie niszczona. Legenda głosi, że tylko prawowita dziedziczka Kapitana Statku, siódma siódma siódma córka uratuje ten świat lub doprowadzi do jego zniszczenia. Bowiem owa dziedziczka jest kluczem do realizacji planu wielkiego wroga, który od tysiącleci czeka, aż będzie mógł zrealizować swe zamiary. Naszą główną bohaterką jest...

„Dom dzienny, dom nocny”, bo potrzeba stworzy nawet sen

Obraz
Każda kolejna powieść Olgi Tokarczuk jest lepsza niż poprzednia i ja czekałem, aż w końcu będę mógł powiedzieć coś więcej - że napisała powieść faktycznie dobrą. Prawiek i inne czasy to jeszcze nie było to, popełniono tam w końcu pewne błędy. A co z Domem dziennym, domem nocnym ? Na początek chciałbym zaznaczyć, że chociaż miałem dość chłodne zdanie o twórczości Tokarczuk, to tytuły jej książek zawsze były interesujące. Tak jest również w przedmiotowym przypadku. Powierzchownie pomysł na opowieść jest zbliżony do Prawieka i innych czasów . Mamy zatem wieś gdzieś na skraju świata - w tym wypadku jest to Dolny Śląsk i związane z tym chociażby dramaty Niemców, zmuszonych do emigracji po II wojnie światowej. Nasza narratorka to kobieta, o której można powiedzieć, że jest ekscentryczna. Jednakże w świecie Olgi Tokarczuk dziwność to cecha, którą obdarzono każdego, zatem określanie kogokolwiek przez to, że lubi jeść muchomory czy łazi z niebezpiecznym narzędziem wydaje mi się niewłaściwe. W ...

„Siódmy syn” odkrywa siebie, ale nie bawi

Obraz
Tak, wszyscy uwielbiają książki, które wyraźnie dają nam do zrozumienia, że są tylko częścią całości i przez to same w sobie albo nie mają własnej historii, denerwując tym czytelnika albo nie mają własnej historii, rozwścieczając tym czytelnika. Siódmy syn to raczej ten pierwszy przypadek. I ciężko mi pisać tę recenzję, ponieważ moje przemyślenia po lekturze nie są zbyt rozbudowane i najchętniej to bym sobie darował. No ale nie byłoby to odpowiednie podejście, przecież Opowieść o Alvinie Stwórcy dopiero się zaczęła. Orson Card prezentuje alternatywną wizję świata. Alternatywna Anglia, alternatywna Ameryka. To jednak nie ma aż tak wielkiego znaczenia, ponieważ historia opisana w Siódmym synu mogłaby się zdarzyć tak naprawdę wszędzie. Uniwersalność byłaby plusem, niestety fabuła tej powieści jest zwyczajnie nudna. Rodzi się Alvin - siódmy syn siódmego syna, a więc, według tak zwanych przesądów, człowiek przeznaczony do rzeczy wielkich. I już od samego porodu grozi mu niebezpieczeństwo...

„Żołnierze grzechu” nawet nie śnią, że otrzymają zadanie o takim kalibrze, ale czy warto było pozwolić im szaleć tak?

Obraz
W ramach najwyższej możliwej dobrej woli sięgam po kolejną powieść Andrzeja Ziemiańskiego i niestety odchodzę rozczarowany. Przydałaby się jakaś odmiana, bo dostajemy kolejną książkę o Wrocławiu napisaną w ten sam sposób, z kolejnym rysem historycznym i z kolejnym zestawem anonimowych bohaterów. To rozczarowanie, bo co by nie mówić o tych „złotych” książkach Ziemiańskiego, to były one charakterne - czy to opowieści o szalejącej, sikającej, rozseksualizowanej Achai, czy też jeszcze gorszej pod każdym względem Toy. W tym momencie odnoszę wrażenie, że pan Andrzej nie bardzo wie, dokąd iść ze swoją twórczością. Oczywiście na samej książce w ramach reklamy autor wspomina, że pisał Żołnierzy grzechu przez całe życie, ale to przecież tylko takie gadanie. Ja generalnie tych not o Ziemiańskim, które dostarcza nam wydawnictwo Fabryka Słów, nie traktuję specjalnie poważnie. Wrocław, rok 1963. W odciętym od miasta mieście szaleje ospa, a w jednym z zamkniętych szpitali zostają zamordowani przez p...

„Mówca Umarłych”, czyli piękna kontynuacja

Obraz
Bardzo lubię Grę Endera i z wielką ostrożnością zabrałem się za kontynuację. Nie spodziewałem się absolutnie niczego, ale nie powiem, żebym nie zrobił dobrze. Bowiem Mówca Umarłych jest tak różny od pierwszej części przygód Wiggina, że równie dobrze można go czytać bez znajomości Gry . I mówię to z całkowitą pewnością, znajomość tamtej książki w niczym nie zmieni twojego doświadczenia obcowania z częścią drugą. Minęło już trzy tysiące lat od Ksenocydu robali - zagłady obcej cywilizacji, dokonanej przez genialnego chłopca, Endera Wiggina. Okrzyknięty największym zbrodniarzem w dziejach ludzkości, nienawidzony przez praktycznie wszystkich, Andrew przemierza kosmos, przyjmując rolę mówcy o umarłych i szukając domu dla Królowej Kopca, by robale mogły się odrodzić i ostatecznie przynieść Enderowi spokój po dokonanym przez niego Ksenocydzie. No i w końcu nadarza się taka okazja - protagonista opuszcza swoją ukochaną siostrę Valentine, z którą dotąd podróżował i zmierza na ludzką kolonię na...

Wpaść do „Studni Wstąpienia” i sobie głupi ryj rozwalić

Obraz
Kiedy patrzę sobie na ostatni akapit recenzji poprzedniej części cyklu Z mgły zrodzony , dochodzę do następującego, smutnego wniosku - nie, Sanderson tego nie zrobił. I mógłbym mieć głupią nadzieję, że dobra, że może w części trzeciej w końcu dostanę o wiele ciekawszy system magiczny, ale chyba nie powinienem się naiwnie łudzić. Ale z drugiej strony, nie jest tak, że Studnia Wstąpienia jest jakimś wielkim rozczarowaniem. A na pewno okazała się lepsza niż pierwsza część. Na końcu poprzedniej części Vin pokonała Ostatniego Imperatora. W wyniku tego wydarzenia świat Ostatniego Imperium musiał się zmienić, przynajmniej politycznie, bo na zmiany społeczne jeszcze trzeba poczekać. Elend został królem i urzęduje w Luthadel razem ze wszystkimi sojusznikami Kelsiera. Vin, wspierana przez kandrę, jest jego ochroniarzem. No i ma co robić, ponieważ na tron świata czyha wystarczająco wielu samozwańczych królów, by zaczęło robić się gorąco. Oblegani przez trzy armie, Vin, Elend i ich sprzymierzeńcy...

Życie to „Gra Endera” i nic poza tym

Obraz
Oprócz powszechnych zachwytów nad Grą Endera , które jako że bezosobowe to mało wartościowe, niewiele wiedziałem o tej powieści. Przed czytaniem powiedziano mi jedynie, że jest tu jakiś strasznie krótki rozdział. Jak łatwo się domyślić, taka opinia raczej nie miała szans przygotować mnie do tego czym Gra jest, a to dlatego, iż ciężko w ogóle nazywać ją opinią. Porzućmy więc idiotyczne rozważania o niczym i przejdźmy do samej książki. Czytelnik śledzi losy Endera, małego chłopca, który dzięki dokładnej selekcji ma szansę stać się bohaterem ludzkości. Jako genialne dziecko ma stać się idealnym i bezwzględnym strategiem, który poprowadzi ludzkie armie przeciwko obcej rasie Robali. Książka nie jest zapisem epickich bitew, towarzyszymy bowiem Enderowi w czasie jego szkolenia. Autor zapewnia nam rozrywkę rzucając w nas wątkami typowymi dla takich historii, mamy więc rywalizację, mamy zdobywanie sojuszników, sojusze i pytanie kto jest naszemu bohaterowi przyjazny, a na kogo trzeba uważać. Dos...

Nie zasmakuje słodkiej „Zemsty”, jest na to zbyt szlachetny i męski

Obraz
Czy Mistrz potrzebował kontynuacji? Zdecydowanie nie i to po Zemście dość mocno widać - nie trzeba znać pierwszej części, żeby cieszyć się drugą. Cieszyć? Użyjmy tego słowa na potrzeby recenzji, chociaż za dużo radości podczas czytania nie miałem. W ogóle ta powieść jakoś przemknęła przez moje życie. Bardzo szybko ją przeczytałem i w sumie to gdyby nie to, że piszę te recenzje, pewnie nawet nie chciałoby mi się poświęcić jej jednej nadprogramowej myśli. A to przecież niedobrze - nie po to czytam, żeby się ogłupiać. Niestety Katarzyna Michalak albo uważa inaczej, albo ma wobec literatury zupełnie inne oczekiwania. Cóż, to zawsze jakieś podejście, a ja nie uważam, żeby moje było najlepsze. I to przecież widać, bo inaczej bym nie czytał powieści pani Kasi. Także można powiedzieć, że Zemsta jest skuteczną kontynuacją. Proces czytania Mistrza był w moim przypadku tak samo nijaki, bezbolesny i szybki. Raul de Luca jednak nie umarł - żyje sobie w ukryciu spokojnie, ma nawet syna, jednak j...