Dzięki bogom, że tom II „Pana Lodowego Ogrodu” nie próbuje stworzyć koła
Renoma, jaką cieszy się wśród polskich czytelników Pan Lodowego Ogrodu Jarosława Grzędowicza, w zasadzie obligowała mnie (tak można sobie to tłumaczyć) do sięgnięcia po tę już klasyczną pozycję. Bo na pewno nie sprawił tego poziom pierwszego tomu, wysoki, ale jednak zbyt zwyczajny jak na moje oczekiwania. Grzędowicz ponownie pozwala czytelnikowi śledzić losy Vuko Drakkainena oraz Terkeja Tendżaruka. Ten pierwszy, po tym jak w finale poprzedniej części został zamieniony w drzewo zostaje przywrócony do życia przez bogów Midgaardu i ponownie wysłany na misję schwytania przybyłych na planetę z Ziemi Czyniących. Poza tym, że Vuko uczy się tutaj wpływać na Midgaard, nie dzieje się w omawianym wątku za wiele. Są dramaty, jest nowa postać, która otrzymuje finał swojej historii (tak myślę), a pod koniec mamy zakończenie zadania i rozpoczęcie kolejnego w sposób jakby żywcem wyrwany z gry video. I jest to po prostu śmieszne. No niech ktoś spróbuje mi wytłumaczyć, w jaki sposób posuwa się do przo...