„Justyna, czyli nieszczęścia cnoty”, czyli czy ten klasztor z czterema mnichami budzi jakieś skojarzenia?
Na początku muszę wyjaśnić dwie rzeczy. Po pierwsze Justyna, czyli nieszczęścia cnoty nie jest pierwszą powieścią markiza de Sade, jaką przeczytałem, bo oczywiście na sam początek sięgnąłem po Sto dwadzieścia dni Sodomy czyli szkołę libertynizmu . Nie planowałem wtedy w jakikolwiek sposób kontynuować czytania twórczości markiza, co się zmieniło. Jednakże Sto dwadzieścia dni Sodomy… mimo iż ukazało się dopiero po śmierci autora, zostało napisane na samym początku, a fakt nieopublikowania jej wynikał z zaginięcia rękopisu, więc w tej sytuacji myślę, że mogę pokusić się o pewne odniesienia. Także jeśli, mój drogi nielibertyniński czytelniku, już tamtą kultową książkę czytałeś, czuj się jak u siebie. Po drugie, nie czytałem opowiadania, które markiz przerobił na niniejszą powieść. Nie czułem się do tego zobligowany, bo opowiadanie nie ukazało się przed powieścią. Justine (w polskim tłumaczeniu Justyna) i Juliette w młodym wieku lądują na bruku, jednakże różne podejścia do życia skutkują ...