W III tomie „Pana Lodowego Ogrodu” wady i zalety miotają się niczym kreacje przybyszy-bogów
Jako że drugi tom Pana Lodowego Ogrodu okazał się raczej nieudany, pomyślałem, że im szybciej skończę całość, tym lepiej. Lepiej już pojechać na chęci dobrnięcia do końca, mieć to za sobą i móc przynajmniej myśleć, że wie się cokolwiek o polskiej fantastyce. Niestety moje plany zostały w pewien sposób pokrzyżowane, bo niespodziewanie tom trzeci okazał się całkiem dobry i to nawet pomimo ciągłych porównywań Pana Lodowego Ogrodu do Wiedźmina Andrzeja Sapkowskiego, z jakiegoś powodu bombardujących mnie w internecie w trakcie czytania. Nadal nie rozumiem, co te cykle miałyby mieć ze sobą wspólnego. W zakończeniu (śmiechu warte określenie, ale jakoś trzeba to nazwać) poprzedniej części Vuko Drakkainen i jego sojusznicy weszli na pokład magicznego, lodowego drakkara, który w trzecim tomie zawiezie ich do Lodowego Ogrodu. Zgadza się, czytelnik wreszcie dowie się, czym jest ów Ogród, kim jest jego władca i jakie będą tego skutki. Nie trzeba być szczególnie domyślnym, by zorientować się, że ...