„Cień utraconego świata” ewidentnie jest ważniejszy niż światło dnia powszedniego
Pierwszą rzeczą, o której warto wspomnieć, jest samo wydanie Cienia utraconego świata , ponieważ jest naprawdę ładne i to zarówno zagraniczne jak i rodzime. Właśnie to przyciągnęło mnie do debiutu Jamesa Islingtona. Davian uczy się na maga. Jednakże problemem jest to, że nie potrafi uwolnić swojej mocy i obawia się, że nie zaliczy prób i zostanie skazany na bycie Cieniem. Jednakże nic takiego się nie dzieje, bowiem Davian okazuje się być augurem, czyli mówiąc ogólnikowo wieszczem, w związku z czym wyrusza na misję. Cel? Oczywiście uratować świat przed najazdem nikczemnego Aarkeina Devaeda zza Bariery. Świat, który kiedyś obalił władzę augurów, a teraz trzyma wszystkich Obdarowanych (magów) pod ścisłym nadzorem w obawie przed ich zemstą. Mamy zatem do czynienia z twoją typową powieścią fantasy do poduszki. Bohaterowie są liczni, magia wszechobecna, system magiczny wyjaśniony, a autor zarzuca nam wieloma nazwami. Oczywiście dołączona do książki mapa w absolutnie niczym nie pomaga i czy t...