„Ostatnie historie” gwoździem do trumny, ale czy dotyczy to również autorki?
Moja relacja z Olgą Tokarczuk jest relacją iście toksyczną. Nie lubimy się (to znaczy ona mnie nie zna, piszę metaforycznie), ale nie możemy od siebie odejść. Ostatnie historie to ciekawy zwierz, bo są określane jako powieść, ale zauważyłem pewną konfuzję wśród czytelników, którzy zastanawiają się, czy aby nie jest to jednak zbiór opowiadań. Rozumiem te wątpliwości - książka jest bowiem podzielona na trzy części i w każdej z nich mamy inną główną bohaterkę, dodatkowo historie te dość luźno ze sobą powiązane. Jak ktoś przyśnie przy czytaniu, może nie zauważyć. Ach, czyżby przez tekst przebijało się już moje nastawienie do książki? Mamy zatem trzy historie. W pierwszej bohaterka jedzie sobie samochodem, wpada do rowu i trafia do domu jakichś staruchów. Niestety ponieważ nie jest to literatura gatunkowa (czyli, jak dobrze wiemy, dla idiotów), to nikt tu nie będzie nikogo mordował. Zabawne, że taki zabieg nadal byłby tematycznie spójny z resztą książki. W drugiej bohaterce umarł mąż. No i...