Czy zaangażowani w „Orbitalny Spisek” zdobędą niechciany certyfikat, wyrzucą butelki po winie i uratują swoją przyjaźń?
Żaden cykl, jeśli stanie się znakomity, nie może takim pozostać, gdy kolejne części mnożą się jak grzyby na deszczu. Wspominam o tym, bo nie oczekiwałem, że po Pułapce Nieśmiertelności czy Teoretycznie Możliwej Katastrofie dostanę książkę lepszą. No i tak się nie stało. Należy też poczynić ważną uwagę - będę traktował obie części Orbitalnego Spisku jako dwie książki, czyli Orbitalny Spisek (z uwagi na brak podtytułu) oraz Małą Armię. Powody są dwa. Po pierwsze książki te nie ukazały się jednocześnie, a moim zdaniem wysoce nieprzyzwoitym jest udostępnianie czytelnikowi tylko połowę pełnoprawnej opowieści. Po drugie każda z tych książek ma osobną numerację rozdziałów. I to już wystarczy, by można byłoby mówić o dwóch powieściach.
Impreza sylwestrowa dzieci z klasy Felixa, Neta i Niki odbywa się w położonym na odludziu domu Gilberta. Czytelnik miał już okazję poznać to miejsce, podobnie jak ojca Gilberta, niezrównoważonego chemika. Noc nie przebiega spokojnie. Z jakiegoś powodu wokół domu coś krąży, może jakieś dzikie zwierzę. Jest to okazją dla Rafała Kosika do postraszenia biednego czytelnika i z przyjemnością stwierdzam, iż ten moment jest faktycznie przerażający. W każdym razie dom jest quasi-samowystarczalny, co rodzi potrzebę oszczędzania zasobów na przykład poprzez zakręcanie przysłowiowych kaloryferów. Felix i Net, jako iż Gilbert wychodzi szukać zaginionych kolegów, postanawiają sami znaleźć piec. Zamiast pieca odpalają prawdziwą rakietę kosmiczną, no i tak zaczyna się afera na skalę krajową, ponieważ rakieta spada. Przyjaciele mają tylko trzy tygodnie, żeby wyliczyć, gdzie rakieta może spać, ustalić, czy w ogóle można temu zapobiec oraz dowiedzieć się, kto za to odpowiada (gdyż najpewniej zostali jedynie wrobieni i start odbyłby się tak czy inaczej). Dochodzą do tego problemy szkolne - szara myszka Zosia postanawia zmienić swój wizerunek, żeby w końcu zaimponować Felixowi, nieżyjący ojciec Niki zostaje wezwany do dyrektora, dodatkowo dyrektor magister inżynier Juliusz Stokrotka stara się o uzyskanie dla gimnazjum certyfikatu jakości. Oczywiście wymogi są, jak zawsze u Kosika, absurdalne. Wszystko to dostarcza dobrego humoru. Śmiałem się nieraz.
Jednakże nie wszystko jest tak wesołe, ponieważ superpaczka zostaje w Orbitalnym Spisku rozbita. Już Pułapka Nieśmiertelności poruszała ten temat, ale tutaj staje się on już całym wielkim wątkiem. Felix nie czuje się już dobrze jako piąte koło u wozu w relacji Neta i Niki więc po prostu coś w nim pęka. A jest ku temu pretekst, gdyż Felix i Net mają inne pomysły co do poszukiwania rozwiązania problemu rakiety - pierwszy rusza śladem tajemniczych kolcobotów, a drugi chce odnaleźć Wielkiego Antycypatora, który może być w stanie opracować dokładny wzór dla toru upadku rakiety. Konflikt bohaterów jest znakomicie napisany i nawet potrafi być przejmujący - wtedy, gdy Felix znowu, po raz pierwszy od czasu skończenia szkoły podstawowej, czuje się samotny. Jednocześnie należy mieć też na uwadze, że jest to spięcie w relacji nastolatków, więc ma prawo być trochę głupiutkie z perspektywy dorosłego. Moim zdaniem to tylko dodaje całej sytuacji realizmu.
To tylko połowa całej opowieści, więc książka nie kończy się satysfakcjonująco, a przynajmniej powiedziałbym tak, gdyby nie to, że Kosik wiedział, jak sprzedać czytelnikowi świetny cliffhanger. W Orbitalnym Spisku dowiadujemy się dlaczego (najprawdopodobniej) rakieta została wystrzelona i ten moment, gdy spływa objawienie, jest przerażający, iście apokaliptyczny. A że wszystko to jest fantastyką naukową i Kosik traktuje swojego odbiorcę poważnie, ponownie lektura była dla mnie czystą przyjemnością.
A teraz czas na łyżkę dziegciu w beczce miodu, ponieważ ponownie Rafał Kosik ma problem z Niką. Nie ma ona nic ciekawego do roboty, zagrożenie, z jakim mierzą się bohaterowie ma charakter czysto technologiczny, więc dziewczyna nie ma szansy użyć swych mocy i talentów. I szkoda, bo to nie jest coś, wobec czego można przejść obojętnie. To widać.
Pozdrawiam serdecznie, Wilston Qoraqkos.

Komentarze
Prześlij komentarz