„Miasta złudzeń” nie można uchować, chociażby rozjaśniło sytuację

Wydaje mi się, że czytanie książek z pewną perspektywą może być zarówno cenne jak i szkodliwe. Cenne, bo pozwala docenić rozwój autora i być może odnaleźć motywy, które były lepiej realizowane w późniejszych, być może lepszych utworach. Szkodliwe, bo jeżeli już się jakiegoś pisarza lubi, można oceniać jego twórczość lepiej, bo przecież jak to tak, że z jednej strony się zachwycam, a z drugiej mocno krytykuję? Oczywiście takie podejście byłoby świadectwem intelektualnego upośledzenia, którego nie praktykuję. Nie jestem jednak na tyle zarozumiały, by twierdzić, że zawsze udaje mi się uniknąć takiej pułapki, mam natomiast nadzieję, że przynajmniej w co do Miasta złudzeń mi się uda. Poprzednia powieść Ursuli K. Le Guin, czyli Planeta wygnania była wybitna. Czy Miasto złudzeń też takie jest?

Wprawdzie przedmiotowa powieść jest trzecią częścią Ekumeny/Hain, ale nie przejmowałbym się tym specjalnie, każda książka cyklu stanowi swoją własną całość, nie musisz znać poprzednich, jeżeli z jakiegoś powodu koniecznie i w trybie natychmiastowym chciałbyś sięgnąć po Miasto złudzeń. Naszym protagonistą jest Falk, człowiek z wytartą pamięcią, który zostaje przygarnięty przez leśnych osadników i nauczony żyć na nowo. Zaprezentowana w książce Ziemia wydaje się raczej postapokaliptyczną areną. Ludzie żyją w słabo rozwiniętych technologicznie komunach, a o upadek planety obwiniają przybyłych obcych Shinga, którzy rządzą planetą z wielkiego miasta Es Toch. Sami Shinga to ciekawe zwierzęta (przypadkowe określenie?), to nieuleczalni kłamcy, którzy jednak wystrzegają się zabijania. W każdym razie Falk spędza w domu Zove’a parę lat, ale w końcu jego ukryte ja daje znaki - Falk opuszcza społeczność i wyrusza w drogę do Es Toch, żeby poznać prawdę o sobie. Wyrusza samotnie, jednakże otrzyma pomoc w każdej możliwej, również niechcianej i złej postaci. Jest to powieść drogi i cóż, ja niespecjalnie lubię tego typu historie. Uwidoczniło się to zresztą przy okazji poprzednich książek K. Le Guin - dlatego chłodno podszedłem do Świata Rocannona i zdecydowanie niechłodno do Planety wygnania. Natomiast Miasto złudzeń jest zdecydowanie lepsze od pierwszej części Ekumeny/Hain, bo pod koniec, kiedy Falk dociera już do Es Toch i konfrontuje się z Shinga, książka skręca w rejony o wiele mi bliższe, trochę podobne do późniejszych dokonań Orsona Scotta Carda, jednakże nie aż tak pokręcone i inteligentne. Nie twierdzę, że to wada!

Tytuł ponownie sugeruje motyw przewodni powieści, którym, jak mi się wydaje, jest prawda. Jak blisko niej możemy się znaleźć, co powinniśmy uczynić, by do niej dotrzeć i ile jest ona dla nas warta. I mimo, iż ostatecznie wydaje się, że stawka jest wysoka i może wpłynąć na losy całych światów, to K. Le Guin całą książkę opowiada na bardzo przyziemnym poziomie, nie tracąc z pola widzenia osobistego dramatu protagonisty i być może także innych bohaterów.

Trzeba natomiast przyznać autorce rację w tym, że Shinga jako antagoniści są dość marnie zarysowani. To cała grupa, narysowana w sposób nieokreślony, ale przez to niesatysfakcjonujący. Zakończenie idzie w duchu takiego opisu, więc jest konsekwentne, ale problemem jest, iż Shinga stanowią niebezpieczeństwo z uwagi na cechy, które ich stanowią, a nie przez to, co faktycznie robią. Bo mimo wszystko robią naprawdę mało i sami siebie ograniczają.

To, co mnie najmniej interesowało, czyli kreowanie dzikiej Ameryki, może zainteresować określoną grupę czytelników. Nie mnie. Reasumując, to dobra powieść, a jeśli twórczość pani Ursuli do ciebie przemawia, ta książka również powinna. Jednakże nie powinna to być obowiązkowa pozycja na twojej liście czytelniczej.

Pozdrawiam serdecznie, Wilston Qoraqkos.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Na „Planecie wygnania” łatwo być złym

Czy faktycznie może ich łączyć „Wyłącznie interes”, skoro on jest jak drzewo?

„Lodowy kliper” wbił się we mnie, ale czy pozostawi jakiś ślad?