W „Porzuconym królestwie” nadzieja i ufność mogą stać się twoimi największymi wrogami
Feliks W. Kres był wybitnym pisarzem, pewnie jednym z największych, jakiego zrodziła polska ziemia. Ale przez to ciężko pisze się recenzje jego książek. Ciężko, bo zagnieżdżają się one głęboko w warstwie emocjonalnej czytelnika. Łatwo mi było się rozpływać nad perfekcyjnością Pani Dobrego Znaku, ale już precyzyjnie wypowiedzieć się o pozostałych częściach Księgi Całości, albo o takiej Strażniczce istnień? Wielki to trud, kiedy dzieło zachęca do pogłębionej, rozbudowanej analizy, na którą nie ma miejsca w recenzji. No ale dość już tego narzekania. Oto kolejny tom najznakomitszego polskiego cyklu fantasy - Porzucone królestwo!
Złoty Dartan de facto odłączył się od Imperium, stwarzając Agarom bardzo dobry moment ku zmierzaniu do zwiększania swojej, przecież niezależnej pozycji na mapie Szereru. Na wyspach dzieje się dużo i przebywają tam postacie znane nam już z poprzednich części cyklu, w tym Glorm, Basergor-Kragdob, król Ciężkich Gór. Wprawdzie Grombelard został zdewastowany, ale góry dalej stoją, bandy dalej grasują, a władza imperialna w tej prowincji nadal jest jeno iluzoryczna, mimo starań namiestniczki. Glorm nie potrafi pozbyć się gór ze swojego serca i postanawia w nie wrócić, zbierając starych sojuszników i przeciwstawiając się wszelkim przeciwnościom, które napotka. Wierzy, że w odpowiednich rękach Grombelard może się podnieść. No ale jeśli ktoś czytał obie części Grombelardzkiej legendy, ten pewnie wie, że nadzieje Glorma mogą bardzo mocno zderzyć się z rzeczywistością. Kiedy najwięksi przyjaciele stają się największymi wrogami, kiedy śmierć i zniszczenie w górach zbierają swoje żniwo, nawet najsilniejsze sojusze i układy mogą okazać się niewystarczające. Jedynym problemem tej książki jest fabuła. Ten opis wyżej jest prawdą, ale jak zawsze u Kresa historia jest opowiadana bardzo surowo. Pani Dobrego Znaku się wyróżniała jako dość popowa, ale w Porzuconym królestwie autor wrócił do stylu, który jego czytelnicy znają i kochają. Czy to źle? Skądże znowu. Feliks W. Kres od zawsze wymagał od czytelnika dużej uwagi, jeśli mu to dasz, on wynagrodzi cię po stokroć. Mimo to brakuje w Porzuconym królestwie trochę bardziej zdyscyplinowanej fabuły.
Książka stoi postaciami. Oczywiście mamy, jak zawsze u pana Feliksa, dużo kobiet, ale tym razem mężczyźni także pełnią istotną rolę. Dostaliśmy też kolejny etap składania klocków dotyczących działania Pasm Szerni oraz Porzuconych Przedmiotów. Ja tam bardziej wolę opowiadanie o ludziach, bo to Kresowi zawsze wychodziło wybitnie. Tak jest też tym razem. To, co dzieje się w Porzuconym królestwie jest poruszające, przykre, ale na wskroś ludzkie i zrozumiałe. Jak zawsze. I dlatego zakończenie uderza bardzo dotkliwie, nawet jeśli było naturalną konsekwencją wszystkiego, co działo się wcześniej. Grombelard to nie jest dobry kraj. Miłość do niego zawsze zabijała.
Jeśli wszystko, co do tej pory napisałem, nie wystarcza, to należy zaznaczyć, iż Porzucone królestwo jest znakomitą książką, chociaż tak jak wszystkie książki Kresa z pewnością nie spodoba się każdemu. Chciałbym też wspomnieć o czymś, co szczególnie w tej książce bardzo rzuciło mi się w oczy - przepiękne, bardzo estetyczne opisy, którymi autor raczy nas regularnie. W ogóle to początek jest bardzo zaskakujący, dostajemy bowiem bardzo sielski, przyjemny fragment wypełniony ludzką dobrocią. Gorzki posmak pozostawia, kiedy już zakończy się lekturę.
Szkoda, że Feliks W. Kres nie stał się najbardziej rozpoznawalnym klasykiem polskiej fantastyki. Chociaż z drugiej strony czy ktokolwiek byłby w stanie chociażby czyścić buty mistrzowi?
Pozdrawiam serdecznie, Wilston Qoraqkos.

Komentarze
Prześlij komentarz