W III tomie „Pana Lodowego Ogrodu” wady i zalety miotają się niczym kreacje przybyszy-bogów

Jako że drugi tom Pana Lodowego Ogrodu okazał się raczej nieudany, pomyślałem, że im szybciej skończę całość, tym lepiej. Lepiej już pojechać na chęci dobrnięcia do końca, mieć to za sobą i móc przynajmniej myśleć, że wie się cokolwiek o polskiej fantastyce. Niestety moje plany zostały w pewien sposób pokrzyżowane, bo niespodziewanie tom trzeci okazał się całkiem dobry i to nawet pomimo ciągłych porównywań Pana Lodowego Ogrodu do Wiedźmina Andrzeja Sapkowskiego, z jakiegoś powodu bombardujących mnie w internecie w trakcie czytania. Nadal nie rozumiem, co te cykle miałyby mieć ze sobą wspólnego.

W zakończeniu (śmiechu warte określenie, ale jakoś trzeba to nazwać) poprzedniej części Vuko Drakkainen i jego sojusznicy weszli na pokład magicznego, lodowego drakkara, który w trzecim tomie zawiezie ich do Lodowego Ogrodu. Zgadza się, czytelnik wreszcie dowie się, czym jest ów Ogród, kim jest jego władca i jakie będą tego skutki. Nie trzeba być szczególnie domyślnym, by zorientować się, że będzie tym kimś jeden z zaginionych naukowców, ale Grzędowicz jak zawsze ma swoje sposoby na zaprezentowanie kolejnych rozkoszy piekła na Midgaardzie. Także wątek Vuko jest dobry, nawet biorąc pod uwagę nieciekawy przystanek ze Szkarłatem. Natomiast co do Filara, jego podróż nadal jest w zasadzie, jak w poprzednim tomie, zbiorem opowiadań, jednak tym razem dostaliśmy tylko dwie takie opowieści. W pierwszej mamy trochę seksizmu, czego u twórców polskiej fantastyki nigdy za wiele. Trochę sobie brzydko żartuję, bo podobała mi się przygoda u Lśniącej Rosą. Druga z opowieści, pobyt w Dolinie Bolesnej Pani, jest za to już świetna, szczególnie że czytelnik, w przeciwieństwie do bohatera, już od samego początku wie co się dzieje, a Grzędowicz też zadbał, by wykreować nie tylko nastrój szaleństwa i beznadziei, ale także grozy.

A potem dostajemy ostatni rozdział, w którym wreszcie dwójka głównych bohaterów się spotyka i błyskawicznie (naprawdę, bo w przeciągu paru stron) zostaje opracowany plan działania, dalej wyrusza ekspedycja, operacja zostaje przeprowadzona bardzo sprawnie i otrzymujemy cliffhanger w zakończeniu. Jest on skuteczny, bardzo mi się to zakończenie podoba, jednakże w ogóle nie przystaje do wszystkiego, co Jarosław Grzędowicz robił z opowieścią do tego momentu. Generalnie w porównaniu do poprzednich tomów wszystko w trójeczce wydaje się być robione trochę skrótowo. Na pewno dałoby się te podróże przedłużyć, co nie oznacza, że tego bym chciał, dobrze, że jest jak jest, ale w sumie to zupełnie nie tego spodziewałem się po Grzędowiczu. Cóż, może w takim razie potrzeba mi więcej wiary? To się może przydać, bo o czwartej części zdążyłem się nasłuchać już wszystkiego, co najgorsze.

Pionki są rozstawione, teraz trzeba rzucić kośćmi i podążyć za trafem losu. I oby wyszło mi to na zdrowie, bo jako że jestem Polakiem, chcę lubić polską fantastykę, a niestety jej popularni twórcy często skutecznie mi to uniemożliwiają. Jarosław Grzędowicz jest kimś takim. Na cztery jego powieści tylko połowa jest dobra, a w międzyczasie czytałem trochę opowiadań o różnym poziomie jakości. Aż chciałoby się pomarzyć o sytuacji, w której to Grzędowicz współpracowałby z kimś, kto miałby sprawniejszy warsztat. Bo posiadania pomysłów i pięknych obrazów na postacie i lokacje nie można panu Jarosławowi odmówić. Szkoda, że nie idzie za tym lepszy rezultat w postaci znakomitych książek.

Pozdrawiam serdecznie, Wilston Qoraqkos.

Komentarze