„Justyna, czyli nieszczęścia cnoty”, czyli czy ten klasztor z czterema mnichami budzi jakieś skojarzenia?
Na początku muszę wyjaśnić dwie rzeczy. Po pierwsze Justyna, czyli nieszczęścia cnoty nie jest pierwszą powieścią markiza de Sade, jaką przeczytałem, bo oczywiście na sam początek sięgnąłem po Sto dwadzieścia dni Sodomy czyli szkołę libertynizmu. Nie planowałem wtedy w jakikolwiek sposób kontynuować czytania twórczości markiza, co się zmieniło. Jednakże Sto dwadzieścia dni Sodomy… mimo iż ukazało się dopiero po śmierci autora, zostało napisane na samym początku, a fakt nieopublikowania jej wynikał z zaginięcia rękopisu, więc w tej sytuacji myślę, że mogę pokusić się o pewne odniesienia. Także jeśli, mój drogi nielibertyniński czytelniku, już tamtą kultową książkę czytałeś, czuj się jak u siebie. Po drugie, nie czytałem opowiadania, które markiz przerobił na niniejszą powieść. Nie czułem się do tego zobligowany, bo opowiadanie nie ukazało się przed powieścią.
Justine (w polskim tłumaczeniu Justyna) i Juliette w młodym wieku lądują na bruku, jednakże różne podejścia do życia skutkują tym, że siostry się rozstają. Juliette to postać występna, niewahająca się dopuścić zbrodni, by osiągnąć życie dostatnie. Justine natomiast jest cnotliwa i przez to stanie się ofiarą naprawdę wielu nieszczęść. A dlaczego? A dlatego że, podobnie jak w Stu dwudziestu dniach Sodomy… świat przedstawiony wypełniony jest libertynami. Tutaj dobrzy ludzie to tylko zwykli biedacy, a każdy, kto posiada majątek lub władzę jest człowiekiem zdegenerowanym, wykorzystującym słabszych. W każdym razie siostry spotykają się po latach. Nie poznają się, ale że Justine została skazana na śmierć, Juliette prosi ją o opowiedzenie historii swojego życia. Właśnie to będziemy czytać. No i tak towarzyszymy Justine w kolejnych próbach znalezienia schronienia, co mówiąc delikatnie, nie wychodzi jej za dobrze. Książka ma zatem jakąś strukturę, mamy ciąg wydarzeń i powracających bohaterów, a wszystko jest zwieńczone naprawdę dobrym zakończeniem. Podświadomie czekałem na coś okropnego i przykrego, ale markiz mnie zaskoczył.
Ponieważ markiz przedstawia całą galerię iście libertyńskich indywiduów, dostajemy też dużo angażujących opisów. Po pierwsze ja nie lubię nacinania skóry, więc udało się autorowi naprawdę mnie obrzydzić. Po drugie to, czym ta książka zdecydowanie różni się od Stu dwudziestu dni Sodomy… jest narracja - bo tutaj jest pierwszoosobowa. To Justine jest narratorką swojej opowieści i co najlepsze, jest narratorką zdecydowanie niewiarygodną, co zresztą sama przyznaje. Dlatego też opisy są trochę złagodzone, raczej nie tak dosłowne, jak mogłyby, jednakże stylizowany na dziewczęcy język, jakim posługuje się Justine, w połączeniu z horrorem, który opisuje, nie potrafi nie rozbawić. Jest to groteska w najczystszej postaci i nie wiem, czy będę w stanie już kiedykolwiek myśleć o ołtarzach i składaniu nań ofiar bez wspominania Justyny… Jak dotrzesz, mój czytelniku, do sceny homoseksualnych uciech w lesie, zrozumiesz, co mam na myśli.
Książka ma też oczywiście wymiar filozoficzny i jako że to dzieło akurat zostało skończone, ów aspekt jest o wiele wyraźniejszy niż w Stu dwudziestu dniach Sodomy… Co najbardziej porusza, to jak doskonale markiz odmalował istotę rozpusty ostatecznej - wyzbycie się wszelkich przymiotów człowieczeństwa, nie tylko współczucia, ale również zachwytu nad sztuką. Oddanie się najniższym popędom prowadzi bowiem do życia, w którym rozbudzić nas potrafią już tylko seks i coraz silniejsze bodźce.
Reasumując Justyna, czyli nieszczęścia cnoty to powieść znakomita i na tyle różni się od tamtej drugiej książki, którą już nieraz przywoływałem, że zasługuje na swoje własne miejsce w zbiorowej świadomości.
Pozdrawiam serdecznie, Wilston Qoraqkos.

Komentarze
Prześlij komentarz