„Fazy grawitacji” mogą sprowadzić na Ziemię, ale mogą też przekonać do spojrzenia w górę
Biedny Dan Simmons, muszący się ciągle tłumaczyć, że jest po prostu pisarzem, a nie pisarzem fantastyki naukowej czy pisarzem grozy (Harlan Ellison pochwala). Dziwi mnie to, że ktokolwiek twierdził, iż Fazy grawitacji to science fiction, bo ewidentnie nimi nie są. Ale w końcu co ja tam wiem, ja tylko czytam książki, a przecież nie mam wykształcenia. Chociaż w sumie jednak coś wiem i tutaj kłóciłbym się ze specjalistami. Ostatecznie sam autor musiał się wypowiedzieć, że jest to po prostu powieść. Oczywiście chęć gatunkowej klasyfikacji nie mogła zostać taką wypowiedzią usatysfakcjonowana, ale w tym wypadku może warto ją odsunąć na bok. No bo jak ktoś usłyszy, że Fazy grawitacji to fantastyka naukowa, to lektura książki może go trochę zaskoczyć.
Richard Baedecker był na Księżycu. Był świadkiem zwycięstwa USA nad Związkiem Radzieckim, współtworzył jedno z największych osiągnięć rodzaju ludzkiego. Ale tamto wydarzyło się dawno temu. Dzisiaj Richard już nie jest kosmonautą, nie pojawia się na ustach ludzi w roli bohatera. Dzisiaj Richard jest po rozwodzie, nie ma pracy, a jego syn Scott najwidoczniej dopiero co rzucił studia i wyruszył do Indii, omamiony wizją życia w sekcie. Nasz bohater rusza śladami Scotta i poznaje jego partnerkę czy też przyjaciółkę Maggie. Początek książki jest dość zabawny, bo tak, panie Simmons, pamiętamy, że parę lat przed Fazami grawitacji ukazała się Pieśń bogini Kali i tam też mieliśmy wycieczkę do slumsów i również do Kalkuty. Ale to wrażenie jest tylko na początku. W zasadzie Fazy grawitacji mogłyby być zbiorem opowiadań i to nie tylko jeśli wierzyć Simmonsowi, bo sam odniosłem takie wrażenie. Normalnie mogłoby być to wadą, ale nie w tym wypadku. I nie chodzi o to, że och, pan Dan napisał wybitną książkę. Raczej z uwagi na tematykę.
Fazy grawitacji przez większość czasu nie dają prostej satysfakcji z lektury. W książce jednocześnie dzieje się bardzo mało, a jednocześnie bardzo wiele. A to dlatego, że istotą książki są przeżycia wewnętrzne głównego bohatera i jego relacje z innymi. Dotychczasowe życie Richarda dobiegło końca już jakiś czas temu, ale on jeszcze się z tym nie pogodził. Nowe podróże skonfrontują go z potrzebą zmiany, ale tylko od niego będzie zależało, czy zgodzi się na zmiany i czy podejmie działania, by do nich doprowadzić. I teraz pojawia się pytanie - czy Simmons podołał opowiedzeniu takiej historii? Nie było to przecież proste zadanie. Odpowiedź nie jest jednoznaczna. Tak, książka niejednokrotnie zbliża się do granicy, po której przekroczeniu pojawia się bełkotliwość, ale myślę, że ostatecznie nigdy jej nie przekracza. Simmons często zmienia miejsce i czas akcji, przenosząc bohatera do czasów dawno (pytanie czy słusznie) minionych i to może być irytujące, ale spełnia bardzo ważny cel - pokazanie, że Richard nie potrafi zostawić za sobą przeszłości. Ona wdziera się do jego myśli tak samo jak na karty książki. Dlatego jeśli czytelnik wciągnie się w lekturę i zrozumie, co Simmons chciał zrobić, raczej będzie te zabiegi akceptował. Mam nadzieję.
Także polecam, o ile masz ochotę na taką niestandardową książkę. Tekst ten bardzo się różni od wszystkiego, co dotychczas czytałem od Dana Simmonsa. Bardzo mi się podoba, że autor nie zamykał się w ramach określonego typu literatury, tylko starał się ciągle zmieniać. Właśnie taka jest istota życia - to, co się nie zmienia, jest martwe, nawet jeżeli jeszcze nie zdaje sobie z tego sprawy.
Fazy grawitacji są póki co najsłabszą powieścią Dana Simmonsa.
Pozdrawiam serdecznie, Wilston Qoraqkos.
Komentarze
Prześlij komentarz