Oto jestem - udam się na planetę „Hyperion”
Chciałem zacząć tę recenzję od standardowego narzekania na pisarzy, którzy nie mogą się powstrzymać od przerabiana swoich udanych opowiadań na powieści, ale w przypadku Hyperiona Dana Simmonsa tego nie zrobię. Bo okazuje się, że można takie coś zrobić w udany sposób. Chodzi mi oczywiście o wybitne opowiadanie Wspomnienie o Siri, które pojawia się tutaj w prawie że niezmienionej formie. Dosłownie, bo wszyscy bohaterowie go wysłuchują dokładnie w takiej formie, jak ma okazję czytelnik, bo jest to opowieść istniejąca w świecie przedstawionym. Co więcej, Simmons jakby spodziewał się, że ktoś może mieć z tym problem i przygotował nas do tego zabiegu. Także chylę czoła przed umiejętnościami autora.
Zbliża się pełnoskalowa galaktyczna wojna pomiędzy imperium Hegemonii a Wygnańcami. W obliczu tego wydarzenia i zbliżającego się otwarcia Grobowców Czasu na planecie Hyperion, Kościół Dzierzby organizuje ostatnią pielgrzymkę i wybiera siedmiu pielgrzymów - katolickiego księdza, palestyńskiego pułkownika, Żyda Wiecznego Tułacza, kapitana drzewostatku Templariuszy, detektyw i byłego konsula Hyperiona. Mają oni za zadanie dotrzeć do Grobowców i stanąć przed Dzierzbą, budzącą przerażenie istotą, bóstwem, człowiekiem czy też obcym. Jednakże każde z nich ma swój własny, osobisty powód, by zmierzyć się z Dzierzbą i demokratycznie postanawiają, że urozmaicą sobie podróż opowiadając swoje historie. I tutaj wjeżdża istota powieści, bo jej szkielet jest oparty o Opowieści kanterberyjskie Geoffrey'a Chaucera (które swoją drogą bardzo mi się podobały, muszę też nadmienić, że Dekameronu jeszcze nie czytałem, więc proszę nie krzyczeć). Nie oznacza to, że Hyperion jest zbiorem opowiadań, bo poszczególne historie mają znaczenie dla aktualnej sytuacji bohaterów oraz mówią nam bardzo dużo o świecie przedstawionym. Tutaj pojawia się jedyna wada książki - w jednej opowieści nagle dostajemy chamską ekspozycję wyjaśniającą nam to, o czym bohaterowie na pewno już wiedzą. Dziwi mnie to o tyle, że w żadnej z pozostałych opowieści czegoś takiego nie ma. W każdym razie absolutnie każda z tych historii jest po prostu doskonała. Co ja mogę więcej na ten temat napisać? Są od siebie różne, potrafią inaczej oddziaływać emocjonalnie i bardzo chętnie rozpisałbym się o każdej z nich, bo każda jest warta pochylenia się, ale nie mogę tego zrobić. Nie będę bowiem psuł ci, drogi czytelniku, czytelniczej ekstazy.
Warto też wspomnieć o światotwórstwie, bo Simmons kreuje galaktykę bardzo różnorodną. Fascynujący to świat, chcę więcej o nim opowieści. Sam początek może być trochę konfundujący, ale biorąc pod uwagę, o czym ta książka jest, polecam zrobić to samo, co ja - czyli skupić się na bohaterach. Na początku pewnie ciężko będzie ich rozróżnić, ale z czasem nie będzie już z tym żadnego problemu. A wtedy informacje o świecie przyjdą same. Nie sposób również nie wspomnieć o zręczności Simmonsa w konstruowaniu opisów, które ani na moment nie nużą i bardzo plastycznie kreują przestrzeń. No i nie możemy zapominać o wszechobecnej miłości do samego Upadku Hyperiona Johna Keatsa, który nie tylko inspiruje Simmonsa, ale również samych bohaterów, bo fragmenty poematu pojawiają się w Hyperionie.
Jeżeli faktycznie było tak, że powiedziano Simmonsowi, żeby napisał powieść science fiction, a on odpowiedział, że okej i wyszedł mu Hyperion, to… ja nie wiem, jak to skomentować. Szczęście? Raczej talent i umiejętności. To jedna z najlepszych książek, jakie czytałem. Nie tylko byłem w trakcie jej czytania wzruszony, zszokowany, roztrzaskany emocjonalnie, czy przerażony, zdarzało mi się nawet zaśmiać. A sam finał jest przejmujący i trzymający w napięciu i dodatkowo za gardło. Doskonała powieść. Zostaw to, co robisz i idź czytaj. A najlepsze jest to, że mimo zakończenia, Hyperion nie potrzebuje zakończenia. Bo ważne jest to, z czym zostawia czytelnika. A i nie dowiesz się raczej, czym lub kim jest Dzierzba. Bo nie o tym jest ta książka.
Pozdrawiam serdecznie, Wilston Qoraqkos.
.jpg)
Komentarze
Prześlij komentarz