Nie muszki, ale „Mała Armia” atakuje Warszawę
Należy ponownie poczynić ważną uwagę - będę traktował obie części Orbitalnego Spisku jako dwie książki, czyli Orbitalny Spisek (z uwagi na brak podtytułu) oraz Małą Armię. Powody są dwa. Po pierwsze książki te nie ukazały się jednocześnie, a moim zdaniem wysoce nieprzyzwoitym jest udostępnianie czytelnikowi tylko połowy pełnoprawnej opowieści. Po drugie każda z tych książek ma osobną numerację rozdziałów. I to już wystarczy, by można byłoby mówić o dwóch powieściach. Chociaż teraz, kiedy jestem już po Małej Armii, widzę, że faktycznie jest to jedna opowieść. I tak jak Orbitalny Spisek mógł być traktowany jako osoba książka, tak nie sposób rozmawiać o Małej Armii nie mając w głowie, iż jest to druga część całej historii, obojętnie jak by nie była prowadzona narracja.
Zwykle przygody Felixa, Neta i Niki prezentowały nam perypetie szkolne na początku, porzucając je w finale na rzecz głównego wątku. W Małej Armii jest inaczej. Początek to jedna, długa sekwencja poświęcona ostatnim chwilom na uratowanie Warszawy przed rakietą. I to się udaje, ale ponieważ nałożyły się na siebie plany superpaczki oraz naukowców z Instytutu Badań Nadzwyczajnych, ostatecznie plan udał się jedynie w tym sensie, że upadek został opóźniony. Co gorsza, dotychczasowa strategia już nie będzie miała szansy zadziałać, trzeba zatem wymyślić coś innego, o ile to w ogóle możliwe. Z tym że od tego czasu widać, że Felix, Net i Nika nie podchodzą już do problemu tak poważnie, jak dotychczas, oddając pałeczkę rodzicom Felixa i Neta. Dzięki temu mogą skupić się na poznaniu istoty Orbitalnego Spisku oraz dalszym badaniom nad mikrobotami. A zagrożenie w zasadzie tylko rośnie, doprowadzając w finale do rzeczy praktycznie apokaliptycznych. Zakończenie Małej Armii jest świetne. Bohaterowie ratują Warszawę w zasadzie przez przypadek. Ale kiedy grill nie wychodzi, trzeba coś robić, prawda? Reszta wątków dotyczy tego, o czym czytaliśmy w pierwszym Orbitalnym Spisku - uzyskaniu certyfikatu oraz problemach alkoholowych Zosi. Jednym z głównych wątków stało się powstanie Partii Prawdziwych Patriotów ze sprzedajną Andżeliką Osmozą na czele, co odnotowałem z dużym zainteresowaniem. Oczywiście jest to przerysowane do granic możliwości, ale w tym cyklu wszystko takie jest, więc nie sposób zaliczyć tego jako wadę.
Zadajmy sobie podstawowe pytanie - czy rozdzielanie Orbitalnego Spisku na dwie części było celowe? Zdecydowanie nie. Nie wydaje mi się, by wydawnictwo Powergraph nie było w stanie opublikować książki, która byłaby dwa razy grubsza niż dotychczasowe części Felixa, Neta i Niki, a zatem… jeśli to autor chciał podzielić opowieść, winien był to zrobić w sprawniejszy sposób. A jest to problemem, bo ja muszę ocenić Małą Armię jak pełnoprawną, osobną powieść. No i musiałbym napisać, że jej konstrukcja jest pokraczna, że tak naprawdę bohaterowie niewiele osiągnęli, a pokonanie Małej Armii poszło błyskawicznie, akurat, żeby zakończyć powieść. Natomiast podoba mi się, że obie części Orbitalnego Spisku mają różne źródła zagrożenia. W pierwszym była to rakieta, w dwójce już raczej mikroboty.
Kiedy po raz pierwszy czytałem Małą Armię, przerwałem i już nie czytałem dalej. Po latach zabrałem się do Felixa, Neta i Niki na nowo i wtedy uznałem tę powieść za jedną z najsłabszych. Dzisiaj, z umysłem dorosłego, widzę, z czego wynikały moje wcześniejsze zastrzeżenia. Mimo to myślę, że i tak można się Małą Armią cieszyć. Mi się podobało.
Pozdrawiam serdecznie, Wilston Qoraqkos.

Komentarze
Prześlij komentarz