Po „Upadku Hyperiona” zdefiniujemy istotę boskości
Po lekturze Hyperiona myślałem, że nie potrzebuje on kontynuacji. Z perspektywy czasu taka teza okazała się dość interesująca. Bo po przeczytaniu Upadku Hyperiona sam Hyperion okazuje się być nawet nie wstępem do właściwej historii, co raczej kontekstem dla niej. Hyperion jest opowieściami w świecie. Upadek Hyperiona to opowieść o świecie.
Pielgrzymi przybyli do Grobowców Czasu. Jednakże na miejscu nic nie okazuje się tym, co mogliby przewidzieć. Losy konsula, Lenara Hoyta, Paula Duré, Fedmahna Kassada, Martina Silenusa, Sola i Rachel Weintraubów, Heta Masteena i Brawne Lamii zależą nie tylko od kaprysu Dzierzby, ale również od woli kolejnej zrekonstruowanej osobowości Johna Keatsa, która przebywa przy przewodniczącej Hegemonii Meiny Gladstone. Tymczasem walka z Wygnańcami przeradza się w pełnoskalową wojnę, za której sznurki pociągają sztuczne inteligencje z Technojądra. Ataki z wielu stron zmuszają Gladstone do podejmowania trudnych decyzji. Nie wiem, czego się spodziewałem po kontynuacji Hyperiona, ale na pewno nie tego, co dostałem. Chętnie bym posłuchał sobie opinii innych o określonych rozwiązaniach, bo Dan Simmon nie bierze jeńców w skali i absurdzie swojej opowieści. Mi całość się bardzo podobała, chociaż oczywiście nie jest idealne. Najbardziej rzuca się w oczy brak szacunku dla czytelnika poprzedniej części - autor notorycznie przypomina o wydarzeniach z jedynki i czyni to nie tylko przez narrację pierwszoosobową, ale także wypowiedzi bohaterów, co uważam za skandaliczne. Jakiekolwiek umizgi wobec czytelnika, który jest za głupi, żeby ogarnąć, że nie czyta cyklu od początku są wyrazem ogromnego dysrespektu dla inteligencji nas wszystkich.
Hyperion jest książką bardzo wrażliwą i bardzo poruszającą. Upadek Hyperiona ma parę podobnych momentów, ale żaden z nich nie ma nawet szans uderzyć tak samo silnie. Dwójeczka raczej próbuje zachwycić zawartymi w niej opisami i to się bardzo często udaje. Podlega zaznaczeniu, iż nie chcę przez to stwierdzić, że ta książka jest gorsza. Nie sposób operować takim pojęciem biorąc pod uwagę, że Upadek Hyperiona jest stricte space operą, opowieścią o ogromnej skali, zmieniającą zasady funkcjonowania świata przedstawionego. Tutaj już nie było miejsca na tak bliskie i intymne związanie czytelnika z bohaterami - coś takiego dostaliśmy już w Hyperionie. I dlatego też nie było potrzebnym, żebyśmy znowu otrzymali takie podejście.
No dobra, powyższe było trochę kłamstwem. W zasadzie to losy cybryda Johna Keatsa mają potencjał na poruszenie czytelnikiem i trochę mną poruszyły.
Reasumując mogę stwierdzić, że Upadek Hyperiona to doskonały sequel. Czy jest lepszy od Hyperiona? Absolutnie nie. Ale nie jest też gorszy, tylko inny, a właśnie tego należy oczekiwać od kontynuacji. Nie mogę jednak nie wspomnieć o czymś, co może zepsuć wielu zachwyconych Hyperionem czytelnikom lekturę - w Upadku Hyperiona nie ma już śladu po tajemnicy z pierwszej części. Jak już wspominałem, tym razem dostaliśmy opowieść o świecie, także rzeczy do wyjaśnienia zostały wyjaśnione i jak to często bywa, to, co nieodkryte może okazać się ciekawsze niż to, co odkryte.
Biorąc pod uwagę otwarte zakończenie, liczę, że kolejna opowieść w tym świecie przedstawionym przyniesie nam kolejne zmiany. Obawiam się jednak, że od teraz może być już tylko gorzej. Emocjonalnie chyba nic lepszego od Hyperiona nie dostaniemy. A fabularnie? Nie wiem, czy można pod tym względem przebić Upadek Hyperiona. Większe wkręcanie się w tematy religijne i filozoficzne może natomiast poskutkować osiągnięciem bełkotliwości, czyli dostalibyśmy po prostu Diunę Franka Herberta. I chociaż uwielbiam tamte książki, to nie chciałbym, żeby Hyperion zmienił się w młodszego brata Kronik Diuny. A jest taka szansa, bo dostrzegam pewne wspólne motywy. Chociaż z drugiej strony może to nieuniknione. Czy da się napisać space operę bez odwołań do Diuny?
Pozdrawiam serdecznie, Wilston Qoraqkos.

Komentarze
Prześlij komentarz