Nawet w „Godzinie smoka” król Conan jest gotowy na walkę

W internecie przeczytałem, że Godzina smoka dzieli zawiązanie fabuły z opowiadaniem Szkarłatna Cytadela. Szczerze mówiąc, w ogóle o tym nie pomyślałem, ale to dlatego, że generalnie opowiadania Roberta E. Howarda o barbarzyńcy Conanie z Cymerii są dość powtarzalne. I tutaj oczywiście należy zadać sobie pytanie, czy to dobrze, czy to źle. Zazwyczaj byłaby to wada, ale w tym wypadku kunszt pisarza nie czyni sprawy taką oczywistą. Natomiast muszę przyznać, że Conan nie jest moim ulubionym bohaterem Howarda - ja zakochałem się opowiadaniach o królu Kullu. Myślę, że przyczyn jest parę, ale przede wszystkim urzekł mnie ten filozoficzny namysł, który cechuje Kulla, a na który Conan nie ma czasu. Kull to bardziej król, a Conan to przede wszystkim barbarzyńca. A że opowiadania o tym drugim są bardziej dopracowane i technicznie lepsze, stały się przez to również mniej szalone, mniej artystyczne. Poczytaj sobie, mój drogi czytelniku, opowiadania z Solomonem Kanem, to zrozumiesz, co mam na myśli.

Autor sprawił mi przyjemność chociażby tym, że nie dostaliśmy, jak prawie zawsze z Conanem, prequela. Bohater jest dumnym królem Aquilonii, ale pojawia się problem, gdy grupa spiskowców przywołuje do życia potężnego czarnoksiężnika Xaltotuna i z jego pomocą detronizuje dotychczasowego władcę, pokonując jego armię, a jego samego prawie zabijając. Uznany powszechnie za zmarłego Conan zostaje schwytany przez wrogów, ale dzięki pomocy uroczej dziewoi ucieka i planuje zemstę. Jednakże by pokonać Xaltotuna będzie potrzebował pradawnego artefaktu. Zatem fabułka jest raczej pretekstowa, natomiast oczywiście bardzo rozbudowana, bo czymś trzeba było wypełnić powieść, formę dłuższą niż dotychczasowe opowiadania. A mimo to nie mam o Godzinie smoka nic więcej ciekawego do napisania. Robert E. Howard był mistrzem słowa, mistrzem nastrojowej, obrazowej narracji, ale nie zwracał uwagi na kunsztowność samej opowieści. W końcu to właśnie od niego wszyscy dzisiaj bierzemy archetypy i schematy. Z perspektywy dzisiejszego czytelnika Howard może mieć niewiele do zaoferowania poza czystą rozrywką.

Myślę, że to właśnie dłuższa forma jest problemem. I ktoś może powiedzieć, że no dobra, ale przecież Howard napisał Godzinę smoka, bo brytyjski wydawca chciał u siebie wydać coś z Conanem, a nie chciał zbioru opowiadań, tylko powieść, więc Howard napisał, bo właśnie na tym polegała jego praca… ale z mojej perspektywy nie jest to wymówka. Bo jak już wspominałem, nie mam problemów z warsztatem pisarskim autora, ten jak zawsze jest na najwyższym poziomie. Howard nawet jak napisał tylko stronę jakiegoś opowiadania by porzucić projekt, nadal oferował piękne słownictwo i bogate opisy. Jednakże od zamkniętej powieści musimy oczekiwać czegoś więcej. Jakiejś zmiany protagonisty. Takiej tutaj nie ma. Może parę interesujących postaci pobocznych. Te niestety nie różnią się niczym od galerii indywiduów, o których już wcześniej czytałem.

Reasumując nie napiszę, że Godzina smoka jest słaba, bo nie jest. Ale nie jest też dobra. Ze zdumieniem odnotowałem niewielkie pokłady rasizmu i seksizmu. Negroidzi są wzmiankowani, kobiety obecne, ale nie ma odzywek odmawiających człowieczeństwa czarnoskórym czy nic o gwałceniu kobitek. Ktoś chyba nie był w formie. Fani Roberta E. Howarda i tak przeczytają, natomiast nieprzekonanym polecam rozpoczęcie przygody z tym pisarzem od opowiadań o królu Kullu. Ja tak zrobiłem, a nie wiedziałem o Howardzie zbyt wiele i nie żałuję, wręcz przeciwnie, dobrze zrobiłem.

Pozdrawiam serdecznie, Wilston Qoraqkos.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Na „Planecie wygnania” łatwo być złym

„Lodowy kliper” wbił się we mnie, ale czy pozostawi jakiś ślad?

Kiedy kładziemy się spać „Zima Muminków” może nas obudzić