Podróż „Czarnoksiężnika z Archipelagu” przez chłód morza w poszukiwaniu istoty życia

Kiedy miałem lat kilkanaście, a w każdym razie byłem w liceum, przeczytałem Czarnoksiężnika z Archipelagu, pierwszą powieść Ursuli K. Le Guin osadzoną w Ziemiomorzu. Wiedziałem wtedy tylko tyle, że to klasyka fantasy i że warto znać. Jednak, nawet biorąc pod uwagę, że Czarnoksiężnik jest skierowany do młodszego odbiorcy (nie do dorosłego, a przynajmniej tak chyba był pisany), nie zachwycił mnie i de facto dalej już nie czytałem, bo późniejsza próba była zbyt szczątkowa, żeby brać ją pod uwagę. Ale lata mijają, człowiek robi się coraz starszy i mam nadzieję, że mądrzejszy i słyszy coraz więcej dobrego o Le Guin. Dlatego, po latach przygotowywania się, stwierdziłem, że w końcu nadszedł czas i wróciłem do Ziemiomorza. Nie mogę jednak powiedzieć, bym odkrył je na nowo.

Naszym głównym bohaterem jest Ged - takie jest jego prawdziwe imię, ale że w świecie Ziemiomorza imiona mają wielką moc (kolejny motyw zerżnięty przez George’a Lucasa, jak tworzył Star Wars), to, jak zresztą każdy, przedstawia się światu w inny sposób - jako Krogulec. Ged jest uzdolniony magicznie, dlatego trafia pod opiekę czarodzieja, potem wyrusza na odległą wyspę Roke, żeby tam pobierać nauki w specjalnej szkole. Młody umysł jednak rządzi się swoimi prawami i obsesjami, dlatego jak każdy narwany młodzieniec, Ged czyni głupotę, z tym że w jego przypadku nie kończy się na wytarganiu za uszy, ponieważ sięgając do świata zmarłych, nasz protagonista przywołuje przerażającego Cienia, który pozostaje w świecie żywych. Ged przeżywa i kończy naukę, jednak kiedy opuszcza Roke i zaczyna żywot pełnoprawnego czarnoksiężnika, z lękiem odkrywa, iż Cień za nim podąża, chcąc przejąć jego ciało i zacząć czynić chaos. Ścigany i ścigający prędzej czy później będą musieli się zmierzyć, a ich konfrontacja oczywiście zakończy opowieść. Podzieliłbym tę opowieść na dwie warstwy - pierwsza, ta najbardziej widoczna, to przedstawienie nam Ziemiomorza. Le Guin sama się przyznaje, że narysowała mapę, więc ewidentnie wyspy Ziemiomorza były dla niej istotne. Natomiast zawiedzie się ten, który oczekuje tutaj jakiegoś rozbudowanego światotwórstwa. Styl autorki jest bardzo oszczędny i zimny - pani Ursula ukrywa przed nieuważnym czytelnikiem nawet to, że protagonista nie jest biały, a akurat kolory skóry są w Ziemiomorzu istotne. Jednak generalnie opisy wywołują wrażenie chłodu, zimna. Wszechobecny zimny wiatr, wzburzone fale, po których wędrujemy wraz z Gedem, świadomi, że gdzieś tam czeka na niego Cień… wszystko to jakoś tak naturalnie działa na wyobraźnię, nawet jeżeli same wyspy nie wydają się od siebie zbytnio różnić. Drugą warstwą powieści są postacie i widać jak na dłoni, że to właśnie ten aspekt bardziej interesował panią Ursulę. Wątek Cienia jest świetnie napisany. Zakończenie jest znakomite. Jestem też pod wielkim wrażeniem dialogów, bo te są bardzo naturalne. Również w bardzo organiczny sposób Le Guin buduje relacje między postaciami - chociażby z Odionem.

Wyjątkowa to książka, bo chociaż podczas lektury nigdy bym nie powiedział, że jakoś szczególnie ją lubię, to kiedy o niej myślę, nie jestem w stanie znaleźć niczego, co by mi się nie podobało, niczego, co można byłoby poprawić. Pewnie dlatego przy pierwszej lekturze ostatecznie porzuciłem Ziemiomorze - wtedy nie umiałem docenić takiej literatury, uderzającej w spokojny, chłodny sposób.

W moim sercu pojawiło się bardzo dużo melancholii. Już teraz tęsknię za Ziemiomorzem i czuję się, jakbym już przeczytał wszystko, co ma mi do zaoferowania. Może to znak tego, że Czarnoksiężnik z Archipelagu jest na tyle znakomity, że po nim nie trzeba było nic więcej?

Pozdrawiam serdecznie, Wilston Qoraqkos.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Na „Planecie wygnania” łatwo być złym

Czy faktycznie może ich łączyć „Wyłącznie interes”, skoro on jest jak drzewo?

„Lodowy kliper” wbił się we mnie, ale czy pozostawi jakiś ślad?