Wstrząsający upadek „Wróbla”
Nie wiem, jak zacząć ten tekst, ponieważ Wróbel Mary Dorii Russell wywołał we mnie całe morze emocji i to nie tylko nie zawsze chcianych, ale także tych kompletnie niespodziewanych. Mógłbym napisać coś quasi-zabawnego, może że jestem poruszony, może coś jeszcze innego. Nic nie będzie w stanie wyrazić szoku i emocji, z którymi zakończyłem lekturę. I aż ciężko mi uwierzyć, jak bardzo ta książka wydaje się być przeznaczona właśnie dla mnie. Mogę być tylko wdzięczny, że pewnego dnia, przeglądając półki księgarni zechciało mi się po nią sięgnąć i kupić.
W połowie XXI wieku Ziemia odbiera sygnał z innej planety - i to jaki! Jest to bowiem piękna muzyka stworzona przez inną istotę rozumną. Błyskawicznie zostaje zorganizowana wyprawa kosmiczna celem nawiązania pierwszego kontaktu, a na jej czele stają jezuici, chcący szerzyć słowo swojego Boga. W skład misji wchodzą także ludzie zaangażowani w badanie obcego sygnału. I tak docierają na planetę Rakhat, lądują i spotykają obcych. Pierwsze wrażenia wydają się być udane. Oczywiście ludzie oraz obcy nie rozumieją się i muszą do siebie najpierw dotrzeć, ale najwidoczniej wszystko przebiega w miarę spokojnie. Jednak kiedy na Rakhat przybywa ekspedycja ratunkowa, odnajduje tylko jednego członka pierwotnej wyprawy - księdza Emilia Sandoza, który oszpecony i zniszczony psychicznie pracuje dla obcych w burdelu. Sandoz, oskarżony o morderstwo powraca na Ziemię i musi zmierzyć się nie tylko z przesłuchującymi go kapłanami, ale także z samym sobą, tym co przeżył i czy po tym wszystkim nadal jest w stanie żyć.
Książka jest prowadzona dwutorowo - z jednej strony obserwujemy ojca Sandoza, który już wrócił na Ziemię, a z drugiej poznajemy załogę pierwszej ekspedycji i razem z nimi ruszamy na Rakhat. Russell bardzo dobrze radzi sobie z żonglowaniem liniami czasowymi, umiejętnie kończąc opowieść w jednej, żeby przejść do drugiej. Nie oznacza to, że przez cały czas byłem zachwycony. Właściwie to przez większość książki uważałem, że Wróbel jest bardzo dobry, ale nie rozumiałem wszechobecnych zachwytów. Opowieść o pierwszym kontakcie - jasne, ale widziałem to już zrobione lepiej. Frustracja zatem rosła, szczególnie że historia jakoś nie chciała się zakończyć, a kartek do końca zostawało coraz mniej. Jednakże rosło też napięcie i kiedy w końcu nadeszło zakończenie, to nadeszło w sposób iście spektakularny. Są książki o doskonałych zakończeniach, ale jest też Wróbel. Finał tej opowieści jest bardzo, bardzo intensywny i absolutnie wstrząsający. I nie mogę nic o nim napisać, bo musiałbym wejść ostro w spoilery, czego nie chcę robić. Napiszę tylko tyle, że moje zachwyty nie dotyczą samego pierwszego kontaktu.
A dlaczego książka wydaje się być skrojona jakby pode mnie? Cóż, jestem ateistą, a przynajmniej uważam, że nie ma podstaw, by sądzić, że jakakolwiek z określonych, przeróżnych istot boskich istnieje. Wróbel dotyka kwestii wiary bardzo, bardzo dogłębnie i bardzo boleśnie. Russell porusza tematy boskiego planu czy bożej łaski, ale robi to w sposób, który mimo iż powinien przede wszystkim roztrzaskać ludzi religijnych, to roztrzaskał właśnie mnie. Wychowana w katolicyzmie autorka przez dużą część swojego życia była ateistką, ale ostatecznie, przez doświadczenie bycia matką została żydówką. Może to właśnie dlatego, jako iż miała solidną perspektywę, wiedziała jak pisać o wierze, by zaangażować nie tylko ludzi, którzy myślą podobnie do niej. Oczywiście we Wróblu jest jeszcze o wiele, wiele więcej znakomitej treści, możliwe że o wiele bardziej zaplanowaną przez panią Mary. Ale dla mnie to właśnie doświadczenia obecności i opieki Boga księdza Sandoza będą po lekturze tej powieści najważniejsze i zostaną ze mną na długo.
Te najlepsze, najwybitniejsze książki zawsze wzbudzają we mnie wręcz fizyczny entuzjazm i to skierowany w każdą stronę. Skończyłem Wróbla i jestem kłębkiem sprzeczności. Jestem zachwycony i przerażony jednocześnie. Chce mi się zarówno śmiać ze szczęścia, że istnieją tak doskonałe opowieści jak i płakać nad losem księdza Sandoza. Mary Doria Russell nie mogłaby napisać lepszego debiutu - w końcu Margaret Mitchell napisała już Przeminęło z wiatrem.
Pozdrawiam serdecznie, Wilston Qoraqkos.

Komentarze
Prześlij komentarz