IV tom „Pana Lodowego Ogrodu” kończy szaleństwo

Ze wszystkim stron słyszałem, że ostatni tom Pana Lodowego Ogrodu jest najsłabszy. Drżałem z przerażenia. Słabszy od drugiego? Nie może być! No i faktycznie, nie jest tak. I muszę przyznać, że jestem dość zaskoczony. Zakończenie opowieści miało być słabe, tymczasem dla mnie jest naturalną konsekwencją wszystkiego, czym Pan Lodowego Ogrodu był do tej pory. I nie chodzi o to, że miałem zaniżone oczekiwania, bo moja relacja z opus magnum Jarosława Grzędowicza jest dość skomplikowana. Nie jestem fanem, ale nie jestem też przeciwnikiem. Lubię i nie lubię. Nie polecam, ale i nie odradzam.

Po masywnym cliffhangerze na końcu poprzedniej części, autor od razu podejmuje wątek. Vuko Drakkainen odbija Filara z rąk Węży oraz ponownie obejmuje w posiadanie trumnę z uśpioną Passionarą Callo. Grupa bohaterów wraca do Lodowego Ogrodu i przygotowuje się do ostatecznej walki zarówno z chcącym podbić całe Wybrzeże Żagli (przynajmniej póki co) van Dykenem jak i z Freihoff, która de facto obaliła władzę rodziny Filara. Wszystko rozbije się o oblężenie Lodowego Ogrodu i to, czy Vuko i wspierający go Fjollsfinn odeprą szturmujące ich armie. Zatem najpierw mamy dość długi wstęp, potem dość długie przygotowania, dość długi atak i w końcu zakończenie. Początek jest świetny, a potem niestety dostajemy zupełnie niepotrzebne retrospekcje Filara. Na bogów, to było interesujące, że nie dostaliśmy ich w trzecim tomie, więc po co one tutaj teraz? Naprawdę można było to wcisnąć do trzeciej części, nikt by nie ucierpiał. Na pewno nie ucierpiałby czwarty tom, bo jego objętość przekracza wszelkie wyobrażenia. Fabuła nie uzasadnia takiej długości, ale jak zawsze Grzędowicz opisuje wszystko i człowiek płynie przez te akapity i nawet jeżeli nie zastanawia się, czemu to musi być tak długie, to po zakończeniu lektury na pewno zacznie o tym myśleć.

Podkreślam, że samo zakończenie jest bardzo dobre. To chyba jeden z najlepszych fragmentów całego Pana Lodowego Ogrodu. Dlaczego? Bo skondensowany. I muszę przyznać, że jest mi przykro. Jarosław Grzędowicz miał świetne pomysły. Każdym tomem udowodnił, że ma ogromną wyobraźnię, że potrafił przekuć je w konkretną opowieść. Midgaard to niesamowite miejsce i w ogóle nie dziwią mnie ludzie, którzy chcą kolejnych opowieści w tym świecie. Ludzi, którzy chcieliby oglądać więcej działań Czyniących. Bo kiedy Grzędowicz chce, potrafi zachwycić monumentalnością opisywanych wydarzeń i konceptów. Niestety nie potrafił napisać tego w sposób konkretny. Wszystko mu się rozleciało. Myślę, że te cztery książki potrzebowałyby kogoś, kto by Grzędowicza utemperował. No chyba że to już jest ta skrócona wersja. Jeżeli tak, to drżę na myśl, czym Pan Lodowego Ogrodu mógłby być bez poprawek. Jednakże to tylko gdybania.

A zatem otrzymaliśmy dzieło wyobraźni Jarosława Grzędowicza, który na wielu polach odniósł sukces, ale na wielu innych poniósł porażkę. Ostatecznie nie jestem w stanie polecać Pana Lodowego Ogrodu. Poznanie tej historii wiąże się bowiem ze zbyt dużą frustracją. Najlepiej zrobisz, drogi czytelniku, jak poprosisz kogoś, kto lubi cykl, żeby ci go opowiedział. A kiedy usłyszysz o hybrydach, miejscach, pomysłach i pijanych nieograniczoną władzą Czyniących i uznasz, że koniecznie chcesz to sam przeczytać, zrobisz to, co będziesz uważał za stosowne. Szkoda, że Pan Lodowego Ogrodu nie jest lepszy. Mogliśmy otrzymać dzieło wybitne, będące klasyką polskiej fantastyki, którą warto znać. A tak zostaliśmy raczej z niezrealizowaną obietnicą wybitności.

Pozdrawiam serdecznie, Wilston Qoraqkos.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Na „Planecie wygnania” łatwo być złym

Czy faktycznie może ich łączyć „Wyłącznie interes”, skoro on jest jak drzewo?

„Lodowy kliper” wbił się we mnie, ale czy pozostawi jakiś ślad?