Nieudana próba „Równoumagicznienia” wybitnej fantastyki z nieudanym jej przetworzeniem

Wszystkie dotychczasowe powieści Terry’ego Pratchetta, i dotyczy to również Blasku fantastycznego, były opowiedziane w dość unikalny sposób, który mi osobiście nie bardzo się podoba. Blask… już trochę odszedł od takiej irytującej, niekonkretnej narracji, ale nadal był w niej zakorzeniony. Równoumagicznienie idzie jeszcze dalej, tym razem jestem w stanie napisać, że Pratchett sprawia w końcu wrażenie człowieka, który chce, żebym był w stanie zrozumieć, co do mnie mówi, a kiedy zachowuje dotychczasowe sztuczki, służą one opowieści. Pytanie tylko czy taki Świat Dysku to nadal ten sam Świat Dysku?

Do wsi Głupi Osioł przybywa stary mag. Przybywa, żeby umrzeć i przekazać swoją moc właśnie przychodzącemu na świat ósmemu synowi ósmego syna. W porodzie pomaga lokalna czarownica babcia Weatherwax, która wprawdzie ma swoje uwagi, ale że jest tylko głupią babą, mag nie ma zamiaru słuchać jej paplaniny. Także wszystko fajnie, mag moc przekazuje i zaczyna życie pośmiertne, ale okazuje się, że ósmy syn ósmego syna jest dziewczynką. Robi się zatem dość niezręcznie, ponieważ na Świecie Dysku panują określone rozróżnienia ludzi parających się sztukami magicznymi, a malutka Esk ma zostać magiem, nie czarownicą. A nie było nigdy maga kobiety. Babcia Weatherwax próbuje zrobić z dziewczynki czarownicę, jednakże czerpanie mocy z ziemi a nie z nieba jest czymś innym i chociaż Esk przyswaja nauki, dla czarownicy jasne się staje, że trzeba będzie dziecko wysłać na Niewidoczny Uniwersytet. Tam będzie okazja nie tylko na odwieczne seksualne starcie mężczyzny i kobiety (chociażby w postaci świetnie zrealizowanego pojedynku czarownicy z magiem), ale także odkrycie nowych mocy i zapobieżenie wielkiej tragedii. Akurat ten ostatni aspekt książki w ogóle nie był potrzebny, ale trudno.

Kiedy się czyta Równoumagicznienie (oryginalny tytuł jest wybitny - Equal Rites), to nie można uciec od oczywistego nawiązania - Pratchett przetwarza Czarnoksiężnika z Archipelagu Ursuli Kroeber Le Guin i to dość odważnie (co w tym wypadku oznacza - nachalnie i bez oporów). Same fabularne odwołania są jasne, jednakże zestawienie tych książek w aspekcie feminizmu dopiero daje czytelnikowi coś interesującego, bo obrazuje lenistwo Pratchetta. Autor przedstawia nam temat równouprawnienia, pokazuje, że role płciowe są bezsensowne i chcąc nie chcąc wchodzi w dialog z całym Ziemiomorzem Le Guin. Jak wychodzi z tego starcia? Otóż całkowicie pokonanym, bo nie przedstawia nic interesującego. Niesprawiedliwym byłoby porównywanie Równoumagicznienia do Tehanu, która ukazała się później, ale zastanawia mnie, jaki jest cel przetwarzania jakiegoś dzieła, jeżeli nie ma się na jego temat nic interesującego do powiedzenia. Bo ani nie jest to udana parodia, ani inteligentna polemika, a jeżeli Pratchett po prostu zaczerpnął wątki i motywy, no to mamy do czynienia z plagiatem i to dość bezczelnym. Nie, nie przeczytałem o nawiązaniach przed lekturą, samo czytanie Równoumagicznienia przywodziło mi cały czas na myśl Czarnoksiężnika z Archipelagu. Oczywiście w ostateczności można jeszcze bronić autora i twierdzić, że on nie wiedział, ale ja tego nie kupuję.

Niech świadectwem tego, jak poważnie potraktowałem przedmiotową powieść (o wiele bardziej, niż którąkolwiek poprzednią książkę Pratchetta!) będzie to, że napisałem recenzję bez wspominania o oferowanym przez nią humorze. Dla ciekawskich - żarty są, parę jest trafionych, ale nie skupiałem się na nich za bardzo, bo bardziej interesowały mnie inne aspekty, już omówione.

Pozdrawiam, Wilston Qoraqkos.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Na „Planecie wygnania” łatwo być złym

Czy faktycznie może ich łączyć „Wyłącznie interes”, skoro on jest jak drzewo?

„Lodowy kliper” wbił się we mnie, ale czy pozostawi jakiś ślad?