„Luana” to piękna kobieta w dżungli, szukająca najwyższych podniet!

Zwykle staram się nie porównywać książki do filmu, ale bądźmy szczerzy - każdy zdaje sobie sprawę, które dzieło ma tu pierwszeństwo. Można się zastanawiać, czy film
Luana la figlia delle foresta vergine potrzebował oficjalnej adaptacji na rynku amerykańskim, ale skoro już książka powstała, to czemu do niej nie zerknąć. A tutaj mamy sytuację wyjątkową. Po pierwsze jest to pierwsza powieściowa adaptacja filmu autorstwa mistrza tej formy Alana Deana Fostera, a że tego typu książki są już częścią mojego życia, to nie mogę przejść obojętnie obok tego wielkiego pomnika kultury. Po drugie jest to dość specjalne novelisation, bo książka nie powstała celem promocji filmu, lecz celem jego promocji na rynku amerykańskim, długo po jego ukazaniu się. Dodatkowo ponoć Foster oglądał film po włosku, a nie znał tego języka i książkę napisał siłą rzeczy nie znając opowieści.

Nie czytałem opowieści o Tarzanie, ale Luana to taki Tarzan, tylko że w wersji babskiej, a zatem oczywiście seksownej. Kobieta normalnie rozmawia sobie ze zwierzętami i już na tym etapie byłem bardzo rozczarowany. O wiele bardziej interesującym byłoby, gdyby Foster opisywał przygody w dżungli tak, jakby naprawdę opowiadał o zwierzętach i ich instynktach, a nie wsadzał w pyski bestii dialogi. I nawet nie chodzi o to, że nie spodziewałem się takiej fantastycznej konwencji, tylko o to, że jest to wszystko niepotrzebne i miałkie. Nie widzę w tym żadnej wartości. Ja wiem, że nie powinienem odwoływać się do książek, które ukazały się po Luanie, ale… jeżeli chcesz, mój drogi czytelniku, przeczytać naprawdę dobrą, interesującą książkę z bestią w głównej roli, to sięgnij po Strażniczkę istnień Feliksa W. Kresa.

Jednakże zostawmy dobre książki i skupmy się ponownie na Luanie. Oczywiście obok zwierząt i tytułowej bohaterki mamy także tych zwykłych ludzi, najeźdźców, którzy wykorzystując zdobycze cywilizacyjne dokonują gwałtu na naturze. Ten temat oczywiście nie jest rozwinięty, ale przynajmniej Luana ma ponętne kształty. To ciekawe, w końcu wychowała się w dżungli, w której pewnie musiała codziennie walczyć o życie, nie wiem, czy takie warunki sprzyjają posiadaniu ponętnego, kobiecego ciałka. Ale co ja tam wiem o życiu na łonie natury?

To czysta literatura rozrywkowa, która nie oferuje sobą absolutnie nic więcej. Widziałem i czytałem lepsze książki, czytałem nawet lepsze książki Alana Deana Fostera. Także, jeśli to jeszcze nie jest oczywiste, nie polecam… no chyba że chciałbyś zapoznać się z twórczością Fostera, bo ta książka wydaje mi się dość reprezentatywna, a że długa nie jest, to nie będziesz też długo cierpiał. Potem możesz sobie darować inne rzeczy, bo tutaj przynajmniej nie dostaliśmy pieczołowitego, rzemieślniczego odtwarzania poszczególnych scen filmu i poszczególnych dialogów. Luana wystawia też przykrą wizytówkę gatunkowi novelisation. Może gdybym nie miał już jakichś doświadczeń z tą literaturą, napisałbym, że to pierwsze koty za płoty i może będzie lepiej i oryginalnie… niestety nie jestem w stanie tak napisać. I kończę tę recenzję ponurym tonem, ale mam też dobrą wiadomość. Mój kochany czytelniku, ty nie musisz czytać żadnych novelisations. Czytaj tylko wtedy, gdy ktoś ci powie, że jakaś konkretna jest dobra i wnosi coś do materiału źródłowego, jakim jest film.

Novelisation to jedna z najgorszych odnóg popkultury, jeden z najobrzydliwszych wyrzygów kapitalizmu.

Pozdrawiam serdecznie, Wilston Qoraqkos.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Czy faktycznie może ich łączyć „Wyłącznie interes”, skoro on jest jak drzewo?

„Dziewczę z sadu” w końcu z niego wyjdzie, zostawiając za sobą dziecięcą niewinność

„Lodowy kliper” wbił się we mnie, ale czy pozostawi jakiś ślad?