„Ostatnie historie” gwoździem do trumny, ale czy dotyczy to również autorki?
Moja relacja z Olgą Tokarczuk jest relacją iście toksyczną. Nie lubimy się (to znaczy ona mnie nie zna, piszę metaforycznie), ale nie możemy od siebie odejść. Ostatnie historie to ciekawy zwierz, bo są określane jako powieść, ale zauważyłem pewną konfuzję wśród czytelników, którzy zastanawiają się, czy aby nie jest to jednak zbiór opowiadań. Rozumiem te wątpliwości - książka jest bowiem podzielona na trzy części i w każdej z nich mamy inną główną bohaterkę, dodatkowo historie te dość luźno ze sobą powiązane. Jak ktoś przyśnie przy czytaniu, może nie zauważyć. Ach, czyżby przez tekst przebijało się już moje nastawienie do książki?
Mamy zatem trzy historie. W pierwszej bohaterka jedzie sobie samochodem, wpada do rowu i trafia do domu jakichś staruchów. Niestety ponieważ nie jest to literatura gatunkowa (czyli, jak dobrze wiemy, dla idiotów), to nikt tu nie będzie nikogo mordował. Zabawne, że taki zabieg nadal byłby tematycznie spójny z resztą książki. W drugiej bohaterce umarł mąż. No i jest dramat - w co absolutnie nie wątpię. W trzeciej mamy córkę bohaterki z pierwszej opowieści, która jest zagranicą. Wszystkie te opowieści łączy temat przewodni Ostatnich historii, czyli śmierć. No i w opisie powieści można przeczytać, że jest to jedna z najbardziej poruszających powieści Tokarczuk. No cóż, poprzeczka nie była zawieszona wysoko, ale i tak nie udało się jej połączyć. Ja mimo wszystko czerpię pewną przyjemność z czytania książek pani Olgi, ale jeszcze nigdy nie była ona aż tak pretensjonalna. Ostatnie historie napisane są w taki sposób, jakby autorka głęboko myślała nad każdym zdaniem. A taka skrupulatność w tym wypadku poskutkowała iście wybuchową miksturą. Stosowane metafory są wręcz śmieszne w swojej pretensjonalności, nadmierne, kompletnie oderwane od rzeczywistości. Trudno mi jest zrozumieć bohaterki, które w tak osobliwy sposób odbierają rzeczywistość. To byłoby do zaakceptowania, gdyby zabieg ten został zastosowany w krótkim, intensywnym opowiadaniu, ale nie w pełnoprawnej powieści. Nie da się w ten sposób nie zmęczyć czytelnika.
Nie można też zapomnieć o tym, że same historie są nudne i jeżeli to jest wysokiej jakości proza Tokarczuk, to może faktycznie powinny być ostatnimi. Jedynym dobrym elementem książki jest motyw z psem, on jest naprawdę poruszający. Ale z drugiej strony można też stwierdzić, że to niezwykle prostacki sposób na wywołanie reakcji emocjonalnej - pokazanie drżącego, niemogącego nawet zrobić kroku, szczającego pod siebie psa.
Podczas czytania cały czas zadawałem sobie jedno pytanie - po co pisać takie książki? Bo ani czytelnik nie czerpie z nich żadnych przyjemności, a autorka chyba też nie była zbyt zadowolona z samego pisania (wnioskuję po tematyce, przecież dosyć ciężkiej).
A i muszę wspomnieć jeszcze o jednym - mam już serdecznie dosyć uwielbienia Tokarczuk do poruszania sprawy przesiedlania ludzi po II wojnie światowej. Ja rozumiem, że ważne i tak dalej, ale wystarczy, proszę wreszcie przestać i mnie prześladować! To nigdy nie było dobrze realizowane i nadal nie jest.
Można byłoby napisać, że wielką szkodą jest, iż Ostatnie historie nie okazały się być ostatnią książką Olgi Tokarczuk, bo bardzo dobrze (mimo sukcesu Domu dziennego, domu nocnego) podsumowałyby jej smutną karierę powieściopisarską, ale… może w przyszłości pojawi się w końcu jakieś światełko w tunelu?
Pozdrawiam serdecznie, Wilston Qoraqkos.

Komentarze
Prześlij komentarz