„Cień utraconego świata” ewidentnie jest ważniejszy niż światło dnia powszedniego
Pierwszą rzeczą, o której warto wspomnieć, jest samo wydanie Cienia utraconego świata, ponieważ jest naprawdę ładne i to zarówno zagraniczne jak i rodzime. Właśnie to przyciągnęło mnie do debiutu Jamesa Islingtona.
Davian uczy się na maga. Jednakże problemem jest to, że nie potrafi uwolnić swojej mocy i obawia się, że nie zaliczy prób i zostanie skazany na bycie Cieniem. Jednakże nic takiego się nie dzieje, bowiem Davian okazuje się być augurem, czyli mówiąc ogólnikowo wieszczem, w związku z czym wyrusza na misję. Cel? Oczywiście uratować świat przed najazdem nikczemnego Aarkeina Devaeda zza Bariery. Świat, który kiedyś obalił władzę augurów, a teraz trzyma wszystkich Obdarowanych (magów) pod ścisłym nadzorem w obawie przed ich zemstą. Mamy zatem do czynienia z twoją typową powieścią fantasy do poduszki. Bohaterowie są liczni, magia wszechobecna, system magiczny wyjaśniony, a autor zarzuca nam wieloma nazwami. Oczywiście dołączona do książki mapa w absolutnie niczym nie pomaga i czy to naprawdę jest aż taki problem, żeby narysować mapę, która będzie pomagała zorientować się w przestrzeni? Czy ja naprawdę wymagam aż tak dużo?
To co powinno być oczywiste dla każdego czytelnika, to że Islington uwielbia Brandona Sandersona. Niestety nie posiada jego umiejętności ani talentu. Cień utraconego świata nie ma bowiem prawie nic do zaoferowania. Wykreowany fantastyczny świat jest bardzo nudny. Autor zarzuca czytelnika wieloma nazwami, które jednak nic nie mówią, bo w książce nie ma ani słowniczka ani porządnej mapy. Ja w takich sytuacjach po prostu się prześlizgiwałem po tych nic niemówiących określeniach i najlepsze jest to, że w ogóle nie utrudniało mi to odbioru całości. Fabuła to ratowanie świata, czyli sztampa i do tego zrealizowana w sposób wyzuty z emocji. Autor w ogóle nie stara się, żebyśmy z napięciem wyczekiwali kolejnych rozdziałów i kolejnych zwrotów akcji. Finał jest fajny, ale nie sprawił, bym z zapartym tchem czekał na kolejną część.
Postacie są potwornie nudne. Dzieciaki jeszcze można przełknąć, ale nie potrafię zdzierżyć dorosłych. Davian ma swoje problemy z utratą i zdobywaniem mocy, więc nudy. Jest Wirr i on akurat może być, najlepsza postać powieści, liczę, że przejmie rolę protagonisty. Asha? Nie wiem, co ona w ogóle robi w tej książce. Pewnie trzeba było wcisnąć jakąś dziewkę, żeby nie było.
Nie sposób jest wyliczyć niedoskonałości produktu tak nijakiego, bo jego największą wadą jest brak pomysłów. Nie wątpię, że autor włożył w Cień utraconego świata dużo serca, że postarał się stworzyć dopracowany świat, ale cały ten wysiłek poszedł na marne. Bo Islington, zaślepiony kreowaniem przeszłości swojego świata zapomniał, że powinien też dać bohaterom coś do zrobienia tu i teraz. To jeden z największych grzechów początkujących twórców fantasy. I nawet nie mam zamiaru wspominać tutaj o największych dziełach fantasy (ktoś coś, Czarnoksiężniku z Archipelagu?), ale wystarczy porównać Cień utraconego świata z Z mgły zrodzonym, przecież wcale nie najlepszą powieścią Sandersona. Pan Brandon pamiętał, żeby jego bohaterowie mieli swoje własne wątki i własne demony do przezwyciężenia. I to właśnie przezwyciężenie tych przeciwności pozwoliło im odnieść sukces w szerszym wymiarze. Cóż, miejmy nadzieję, że tak jak Sanderson ostatecznie odniósł ogromny sukces wraz z Bohaterem Wieków, tak Islington również się poprawi przy kolejnej książce.
Cień utraconego świata jest dość gruby. Zawartość nawet w najmniejszym stopniu nie uzasadnia takiej objętości dzieła. Serio - skąd się wzięło tyle kartek? Co niby na nich było? Nie jestem w stanie powiedzieć.
Pozdrawiam serdecznie, Wilston Qoraqkos.

Komentarze
Prześlij komentarz