„Obol dla Lilith” oraz „Popiół i kurz” - opowieści ze Świata Pomiędzy

Jest sobie takie opowiadanie Jarosława Grzędowicza, Obol dla Lilith, które ukazało się w 2004 roku w antologii Demony. Samo opowiadanie jest raczej nieudane. Ma świetny pomysł wyjściowy, jednakże wykonanie jest mierne, bo ostatecznie okazuje się, że wszystkiemu winne są złe, podłe kobiety, uwodzące biednych mężczyzn. Oczywiście dla czytelnika nie było to żadne zaskoczenie, chyba że ktoś nie przeczytał tytułu. A czemu o tym wspominam? Bo Grzędowicz uznał, że świetnym pomysłem będzie trzy lata po napisaniu opowiadania napisać kolejny tekst w jego świecie przedstawionym, a samo opowiadanie wcisnąć do książki jako prolog. Skutki takiego zabiegu były oczywiste. Grzędowicz pokazał, że nie ma szacunku dla czytelnika (chociaż może zrobiło to wydawnictwo, żeby książka nie była za krótka), że nie ma szacunku dla własnego opowiadania, odbierając mu jego tożsamość i czyniąc je jedynie przyczynkiem dla powieści Popiół i kurz oraz nie ma szacunku dla własnej powieści, bo ten prolog w zasadzie nie jest prologiem. Nie jest żadnym wstępem, a osobną historią, która z Popiołem i kurzem dzieli głównego bohatera. Czyli jest opowiadaniem. Coś podobnego wydarzyło się kiedyś przy okazji powieści Świat Rocannona Ursuli K. Le Guin i tam też był to zabieg godny potępienia.

Jak już wspomniałem, pomysł wyjściowy jest interesujący. Główny bohater potrafi przechodzić do Świata Pomiędzy, miejsca, gdzie gubią się po śmierci dusze. Protagonista pomaga im pójść dalej (nie jest zresztą jedynym takim przewoźnikiem, ale ten motyw został porzucony w powieści właściwej), ale żeby to zrobić, potrzebuje zapłaty. Czyli staje się po prostu Charonem, zbierającym obole. A jaki pojawia się problem? Cóż, poza jakimiś piekielnymi istotami, z którymi trzeba okazjonalnie walczyć, to przyjaciel bohatera mnich Michał wylądował w Świecie Pomiędzy na cierniowym krzyżu i trzeba coś z tym zrobić. Protagonista (ja przepraszam, może on ma jakieś imię, ale jeśli ma, to go nie pamiętam) zanurza się więc coraz głębiej w odmęty szaleństwa i teraz można byłoby powiedzieć, że super, że wszyscy czytaliśmy pierwszy tom Pana Lodowego Ogrodu i że Jarosław Grzędowicz to witruoz słowa, zatem książka jest świetna. Nie do końca.

Mówiąc wprost, książka jest gówniana. Po udanym początku (i nie mam na myśli prologu, opowiadanie czytałem już jakiś czas temu i zaczynając powieść w całości je pominąłem, nie pozwolę Grzędowiczowi jeszcze bardziej marnować mojego czasu) dostajemy równię pochyłą i okazjonalne udane fragmenty (nie sposób nie pochwalić świetnej sekwencji w prosektorium czy przejmującej wizyty u kobiety i jej nieruchawej matki) nie zmieniają tego, że całość jest nieudana. Zakończenie jest szczególnie okropne, przy nim mój umysł się już wyłączył. Na szczęście udało się pokonać podłe, nikczemne kobiety. Swoją drogą - w pewnym momencie już byłem pewien, że Popiół i kurz stanowi też rozwinięcie bardzo dobrego opowiadania Wiedźma i wilk ze zbioru opowiadań Księga Jesiennych Demonów. I tym razem jest to zrobione dobrze - pojawia się postać z tamtego tekstu i zanim dostaniemy potwierdzenie, że o to chodzi, możemy się domyślać. Mam jednak pytanie - nie można byłoby być konsekwentnym? Nie wystarczyło dołączyć do książki krótkiego wstępu, w którym autor wskazałby, że czytelnik Wiedźmy i wilka zostanie nagrodzony? Albo jeszcze lepiej - objąć też tym Obol dla Lilith?

Dzisiaj, w dobie wszechdostępnego internetu, uzyskanie zaprezentowanych powyżej informacji o źródłach Popiołu i kurzu nie sprawiło mi trudności, ale w 2006 roku, kiedy książka miała swoją premierę, mogło być to dla polskich czytelników trudniejsze. Dlatego oceniam podejście Jarosława Grzędowicza i wydawnictwa Fabryka Słów jeszcze surowiej. Jednakże nawet pomijając to całe narzekanie, które dla wielu pewnie nie będzie miało żadnego znaczenia, to przykro mi, ale Popiół i kurz to potworne nudy. Powieść prezentuje najgorszy trend w polskiej fantastyce, uprawiany nie tylko przez Grzędowicza, ale przykładowo również takiego Andrzeja Ziemiańskiego - oszczędna narracja, dużo akcji, jednocześnie niewiele emocji i kompletne wymazanie momentów spokoju, w których moglibyśmy pobyć chwilę z bohaterami.

W Popiele i kurzu i tak nie ma z kim pobyć. Protagonista to, będąc brutalnie szczerym, straszny pajac. Ewidentnie pozuje na człowieka rozsądnego, sprawiedliwego, patrzącego trzeźwym okiem na popadający w otchłanie lewackiego szaleństwa świat, ale jednocześnie jest dzieckiem, które nie potrafi odbierać w zdroworozsądkowy sposób otaczającego go świata. Wyśmiewanie golarki do ubrań jeszcze można jakoś zrozumieć, bo typ może naprawdę jest aż tak głupi, ale wyśmiewanie imienia Patrycja? Czy to był jakiś żart? Czy mi brakuje jakiegoś kontekstu?

Pozdrawiam serdecznie, Wilston Qoraqkos.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Na „Planecie wygnania” łatwo być złym

Czy faktycznie może ich łączyć „Wyłącznie interes”, skoro on jest jak drzewo?

„Lodowy kliper” wbił się we mnie, ale czy pozostawi jakiś ślad?