„Błękitne Sny” Katarzyny Michalak to faktycznie sny, wszak brak w nich rozumu i godności człowieka

Droga do marzeń jest ponoć długa i trudna, lecz warto nią podążać. Moim marzeniem jest przeczytanie solidnej, udanej powieści Katarzyny Michalak, ale pani autorka skutecznie broni się przed moimi oczekiwaniami. Zdaję sobie sprawę, że nie jestem docelowym czytelnikiem, ale to nie ma znaczenia, powieść powinna się obronić tak czy inaczej. Mam jednak dobrą wiadomość - nie jest tak źle jak w Czerwieni Jarzębin.

Z przykrością informuję, że Michalak skończyły się pomysły na fabułę, dlatego, mimo iż na okładce Błękitnych Snów jest jakaś baba, która w niebieskiej sukni leży na polanie i trzyma bukiet kwiatów (to pewnie nawiązanie do jednej sceny, która jest opisywana w książce, ale brakuje męskiego mężczyzny), większość czasu spędzimy z bohaterami w szpitalu. A czemu w szpitalu? Bo pani Kasia dalej w sadystyczny sposób znęca się nad swoimi bohaterami - przecież czymś trzeba wypełnić powieściową trylogię. Po absolutnie kuriozalnej sytuacji z finału Czerwieni Jarzębin, czyli akcji antyterrorystycznej, w wyniku której Marcin zostaje postrzelony a Majka dostaje kolbą karabinu w brzuch, oboje trafiają do szpitala. Majka oczywiście poroniła, Marcin oczywiście jest w bardzo złym stanie, Wiktor, Patryk, Gabriela i Julia szaleją, maniakalnie zmieniając lokacje w losowej kolejności, na dodatek Majka zostaje też straumatyzowana przez policjanta. Czemu? Żeby nie pisnęła słówka o źle zorganizowanej akcji. Mamy tu zatem poruszony temat traumy, a później robi się tylko gorzej. Gorzej, bo głupiej, a poważne tematy znowu zostają poruszone bez żadnej wrażliwości. Jeśli chodzi o fabułę, mamy też znajdę, ale na końcu wszystko jest piękne i ułożone. A jaki wpływ na to mieli nasi bohaterowie? Żaden. W ogóle ta dziewczynka, Hania, nie jest postacią, tylko przedmiotem, którym można się teraz opiekować i go szanować.

Ja wiem, w czym jest problem, a przynajmniej jaki jest jeden z nich. Najwidoczniej Katarzyna Michalak żyje w przekonaniu, iż jej reakcje na potencjalnie emocjonalne wydarzenia prozy życia są jedynymi słusznymi. Jeśli ktoś inaczej odbiera rzeczywistość, ma inną wrażliwość, to niewątpliwie jest złym człowiekiem i należy na niego naskoczyć. W tej książce nie ma chyba już tak wielu sytuacji, w których bohaterowie na przemian wyznają sobie miłość i skaczą do gardeł, ale jakikolwiek odchył od michalakowej normy reakcji skutkuje oskarżeniami. Bohaterka lubi swojego psychoterapeutę? Na pewno daje mu dupy. Bohater poznał jakąś kobietę? Na pewno daje mu ona dupy. Bohater chce przepracować trudne dla niego wydarzenie wyjeżdżając do USA? Na pewno nie chce, by jego domniemana partnerka dawała mu dupy. Wiem, przesadzam, ale nie da się czytać tej książki bez ciągłego kwestionowania działań bohaterów. Zresztą takim bohaterom wypadałoby napisać jakieś wątki, czego tutaj nie ma. Majka ma swój, a reszta dostała drobne problemy, które rozwiązują się przeważnie w przeciągu paru stron po ich zasygnalizowaniu, natomiast liczba chamskich, bezczelnych i zwyczajnie gównianych cliffhangerów przekracza jakiekolwiek normy i uzasadnia konieczność spuszczenia Błękitnych Snów w kiblu. Oczywiście ja tego nie zrobię, ale gdyby ktoś czuł taką wewnętrzną potrzebę, nie zgłoszę sprzeciwu.

Oczywiście jak w każdej książce Katarzyny Michalak, mamy pełno różnych kobiet, które są upadlane za sam fakt istnienia. Mamy więc jedną, która proponuje synowi swoje usługi seksualne, potem mamy kolejną matkę, która ubrała się w kolorowe ubrania, więc to oczywiście barwny ptak i lafirynda, nie to, co ta inna, dobra matka, która ubrała się jak pokutnica, do tego dobrze gotuje, więc nadaje się na prawdziwą kobietę. Mamy też kolejną prostytutkę, ale że ta zachorowała na białaczkę, umiera i nie świeci cycem, to łaskawie nie została skreślona w oczach postaci tej książki. Można się było nad nią ulitować, bo i tak przecież wkrótce zdechnie.

Reasumując, nie jest dobrze. Ale czego można oczekiwać od kobiety, która sama (jak bohaterka Roku w Poziomce, klasyka) zrobi sobie okładkę do swojej książki, ale zapomni, że może warto byłoby zaangażować w pracę nad powieścią jakiegoś redaktora? I jaki był cel tych książek? Co Katarzyna Michalak chciała nam powiedzieć? Że jak nasz ojczym był psychopatycznym mordercą, to możemy wyjść na ludzi? Że jak nasz ojciec był handlarzem narkotyków, to możemy wyjść na ludzi? Ja to wiem, ale może faktycznie ktoś potrzebuje takiego przekazu.

Pozdrawiam serdecznie, Wilston Qoraqkos.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

„Dziewczę z sadu” w końcu z niego wyjdzie, zostawiając za sobą dziecięcą niewinność

Czy faktycznie może ich łączyć „Wyłącznie interes”, skoro on jest jak drzewo?

„Lodowy kliper” wbił się we mnie, ale czy pozostawi jakiś ślad?